sobota, 21 stycznia 2017

Dwór Mgieł i Furii - Sarah J. Maas

Cześć, kochani! Dzisiaj będzie odrobinę krócej. Tym razem z góry daruję sobie streszczanie fabuły - chyba każdy, kto czytał pierwszą część cyklu wie, że mamy tu do czynienia z dalszymi losami Feyry. Tych, którzy jeszcze nie mieli okazji spotkać się z tą serią, zachęcam do zerknięcia na recenzję "Dworu Cierni i Róż". Postanowiłam za to zaszaleć ze zdjęciem. Co się stało? Patrzcie niżej. W ostatecznym efekcie moje dzieło wyglądało, jakby wyszło spod ręki przedszkolaka. Nie jestem jednak wprawioną tatuażystką. moje umiejętności plastyczne od dawna się kurzyły, skóra ludzka to ciężki materiał do ozdabiania, a do rysowania używałam cienkopisów, a nie tuszu (co brzmi dość śmiesznie swoją drogą). Zapewne nie będę mogła domyć ręki przez najbliższe dwa dni, i jak to szło? Tak, przedszkolak. Ale starający się! W końcu, czego się nie robi dla Rhysanda?
PS. Nie chciało mi się już rysować na kciuku, musicie mi wybaczyć.

Wydawnictwo: Uroboros
Autorka: Sarah J. Maas
Cykl: „ Dwór Cierni i Róż  (tom 2)
Tytuł oryginału: „ A Court Of Mist And Fury 
Ocena: 9/10

Sarah J. Maas w tym tomie po raz kolejny udowadnia, że z części na część jej powieści są coraz lepsze. I ja tak niesamowicie to uwielbiam, bo taki dar ma pośród pisarzy zdecydowana mniejszość - częściej przy czytaniu serii zauważam pewną tendencję spadkową jakości książek. Kontynuacje są mniej ciekawsze od poprzedników, autorowi ciężej jest zaskoczyć czytelnika, ale przecież u pani Maas to nigdy się nie sprawdzało.

Feyra, czyli główna bohaterka.. Cóż, tej części jednak trochę zwątpiłam w jej inteligencję (chociaż później odrobinę się zrehabilitowała). Nasza protagonistka najpierw robi, potem myśli, dosłownie. I raczej rzadko uczy się na błędach. Trochę to irytuje, ale da się przeżyć. Jest coś, lub raczej ktoś, kto wynagradza to obecnością swej osoby, czyli postać o której wspomnieć trzeba - Rhysand♡ 
Jeśli drogi czytelniku miałeś nadzieję, że będzie go tu znacznie więcej niż w "Dworze Cierni i Róż", to musisz wiedzieć, że Twoje prośby zostały wysłuchane. Ryszarda* jest bardzo, bardzo dużo, co wychodzi tej powieści jedynie na wielki plus, a tak właściwie umacnia cały jej czar. Co jest bardzo istotne, nie stał się tutaj "ciepłą kluską", pomimo, że okoliczności ku temu były sprzyjające**, a to dlatego, że książę Dworu Nocy odgrywa w tej części znacznie ważniejszą i obszerniejszą rolę niż w poprzedniej. Nic więcej nie zdradzę, poza tym, że niezaprzeczalnie jestem Team Ryś. Może chce ktoś dołączyć?
             „ Za gwiazdy, które słuchają. I za marzenia, które się spełniają.”
No dobrze, może dla zainteresowanych uchylę jednak rąbek tajemnicy trochę szerzej i powiem, że w "Dworze Mgieł i Furii" jest również znacznie więcej... seksu. Co prawda nie spodziewałam się tego, ale autorka chyba postanowiła się rozkręcić. Niespecjalnie to przeszkadza, chociaż nie mogłam nadziwić się fetyszowi Feyry, dotyczącemu podkurczania palców u stóp w momentach, eeee, podniecenia. Trochę mnie dziwiło to, że autorka postanowiła o tym wspomnieć. W końcu to chyba nie jest ważne? No, ale każdy ma swoje dziwactwa - nie osądzajmy.

A zakończenie... cóż to było za zakończenie! W scenie finałowej było tyle zwrotów, tyle zakrętów, skrzyżowań, nie wiem, WSZYSTKIEGO, że jedyne co mogłam zrobić to złapać się za głowę i starać się czytać pięć razy uważniej, żeby nie przeoczyć żadnego szczegółu - tyle tego było! Zakończenie jest po prostu genialne i co ważniejsze, zwiastuje, że w kolejnej części będzie się działo znacznie, znacznie więcej i.. będzie znacznie goręcej.

Podsumowując: książka ma ponad 700 stron i dość małą czcionkę, ale mogę wam zagwarantować, że  pochłoniecie ją w ekspresowym tempie i nawet nie zauważycie, kiedy to zrobicie. [I w tym momencie świadomość, że na wydanie trzeciego tomu będziemy musieli poczekać jeszcze dłuższy czas zacznie boleć ;-;] Oczywiście pod małym warunkiem, lubicie powieści tego typu i pierwsza część przypadła wam do gustu. Jeśli tak, to dobrze, bo jak napisałam wcześniej - w tym tomie możecie spodziewać się wielu niespodzianek. Bardzo polecam!

[Tu dotychczas pojawiała się ocena, ale postanowiłam ją przerzucić do góry, aby się nie gubiła.]

*Rhysand = Ryszard, Rhys = Ryś, prawie to samo,  chyba odkryłam prawdziwą wersję imienia księcia Dworu Nocy xD
** Kejt Pe, to zdanie pojawiło się specjalnie dla Ciebie :D

To oko będzie wam się teraz śnić po nocach!

Książkowe Wyzwania:


sobota, 14 stycznia 2017

Królowa Tearlingu - Erika Johansen

Wydawnictwo: Galeria Książki
Autorka: Erika Johansen
Tytuł oryginału: "Queen of Tearling"

Kelsea nigdy nie poznała rodziców. Dorastała w ukryciu, wychowywana przez dwoje ludzi, którzy byli dla niej obcy jeśli chodzi o więzy krwi, ale poświęcili całe swoje życie na jej ochronę i edukację. Dziewczyna jest bowiem córką nieżyjącej królowej Tearlingu. Teraz nadchodzi czas, aby przejęła tron. W dniu jej dziewiętnastych urodzin w ich chacie zjawia się straż, która ma oddelegować ją do stolicy, aby ta objęła tron. Teraz Kelsea będzie musiała zapanować nad sytuacją w kraju, który od lat cierpiał z powodu sprawującego władzę regenta oraz budzącego grozę wśród innych narodów państwa Mortmesne, którym włada Szkarłatna Królowa. Sytuacja jest dramatyczna i pozostaje tylko pytanie: czy dziewiętnastoletniej dziewczynie może udać się scalić Tearling, pokonać złą władczynię Mortmesne i ocalić naród nie tylko swój, ale i inne cierpiące z powodu jej rządów?
Dzisiaj zdjęcie z serii "niemampomysłuwięcrzucęcokolwiekmampodręką" :'D
Nie wiem, czy was tym nie zarażę, ale już na samym początku czytania stwierdziłam, że opisy szczegółów są takie dokładne, że prawie widzę w swojej głowie, jak ktoś szkicuje wszystkie postaci i miejsca akcji. Później cały czas towarzyszyło mi wyobrażenie "Królowej Tearlingu" jako komiksu. Trochę dziwnie, prawda? Ale myślę, że byłaby ciekawa w takim wydaniu.

Dobre wrażenie wywarła na mnie kreacja złych bohaterów. Co jak co, ale to Johansen zrobiła po mistrzowsku. Szkarłatna Królowa, regent - wszystkich poznajemy bardzo dobrze, są opisani tak dogłębnie, że możemy doskonale zrozumieć ich motywy i postępowania.
Sama Kelsea na początku była mi obojętna, jednak później zdołałam się do niej przekonać. Mocna, zdecydowana bohaterka, która wie co robi. Nie została przez autorkę wyidealizowana, wręcz przeciwnie - to najzwyczajniejsza w świecie kobieta, o urodzie podobnej do wielu innych mieszkanek Tearlingu.
Faworyt pośród innych bohaterów - zdecydowanie Duch. Bardzo intrygujący i nieprzystępny - tak, wiem, to brzmi jak opis mężczyzny z typowego romansu, ale uwierzcie, tym razem tak nie jest. Tak właściwie to nie ma w "Królowej Tearlingu" żadnego wątku miłosnego, w którym brałaby udział główna bohaterka (jej myśli się nie liczą)! Zasługuje to zdecydowanie na poklask, bo ciężko stworzyć akcję, która zainteresowałaby czytelnika, nie wplątując do niej żadnego romansu. Muszę jednak wspomnieć, że jeśli chodzi o akcję, to czasami zdarzały się dość długie zastoje.

Styl Eriki Johansen niestety nie miał w sobie nic pociągającego - dopóki się nie przyzwyczaiłam, żmudnie szło mi brnięcie przez strony powieści. Poza tym miałam wrażenie, jakoby autorka pozostawiła w książce wiele niejasności, przez co na początku nie bardzo mogłam się połapać co do przedstawionego świata. Historia Tearlingu przedstawiona jest nieco chaotycznie. Choć.. może dzięki temu powieść roztacza wokół siebie pewną aurę tajemniczości?

I to byłoby chyba na tyle - co prawda "Królowa Tearlingu" nie odmieniła mojego życia, ani nie wniosła do niego nic nowego, ale oceniam ją jako przyjemną lekturę - i zakładam, że ktoś, kto nie naczytał się wcześniej wielu powieści o podobnej tematyce, na pewno uznałby ją za świetną.
Jeśli szukacie książki z mocnymi postaciami, która zajmie wam trochę więcej czasu, śmiało możecie przeczytać właśnie dzieło Eriki Johansen.

Przy okazji: wydanie, które zdobyłam, jest cudowne! Gdyby nie przyciągnęło mojego wzroku, prawdopodobnie nie zwróciłabym uwagi na tę książkę. Z tego co pamiętam, to leżało samotnie, jako ostatnie, pośród innych powieści, do których zupełnie nie pasowało. Przeznaczenie?

Swoją drogą, znalazłam wiele fan art'ów dotyczących "Królowej Tearlingu" z Emmą Watson w roli Kelsea. Moim zdaniem jest ona zbyt urocza jak na Kelsea, która miała być zdecydowanie przeciętna. A Wy, jak uważacie? I pytanie, które powinnam zadać wcześniej: czy już czytaliście powieść Eriki Johansen?

Ocena: 6/10

"Królowa Tearlingu" jest pierwszą pozycją, którą mogę skreślić z listy Książkowych Postanowień NoworocznychDo ukończenia własnego "wyzwania" zostało mi jeszcze 99 książek (mam nadzieję, że podołam, choć przez matury cały maj w ogóle odpada, jeśli chodzi o czytanie). Od tej powieści chciałabym również zacząć wyzwanie Przeczytam tyle, ile mam wzrostu. Wynik prezentuje się w tej chwili tak: 3,5/169 cm.

niedziela, 8 stycznia 2017

Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata - Susan Ee

Wreszcie postanowiłam wyruszyć na dwór i zrobić kreatywne zdjęcie! Może skrzydła wyszły odrobinę niekształtne, ale palce zbyt mi odmarzały, by stworzyć coś lepszego, w wyniku czego rysowanie atramentem po śniegu było wspięciem się na wyżyny moich możliwości, ale liczą się chęci, prawda? Ale przejdźmy może teraz do bardziej tematycznego pytania... Jak wyobrażacie sobie anioły? Większość z nas słysząc to słowo, wyobraża sobie majestatyczną istotę o śnieżnobiałych skrzydłach, oddaloną od człowieka, ale dobrą, przychylną, może nawet czuwającą nad nim. Ale jeśli to wszystko okaże się kłamstwem? Co, jeśli anioły zwróciłyby się przeciwko nam? Co wtedy?

Tytuł: Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata
Wydawnictwo: Filia

Ziemię ogarnęło widmo ciemności. Państwa upadły, wszelkie instytucje przestały działać. W dzień na ulicach rządzą brutalne gangi, w nocy zaś nawet one boją się wychodzić ze swoich nor. Noc to pora istot znacznie brutalniejszych od ludzi, to czas, kiedy pojawiają się Anioły. Niektóre piękne, inne budzące grozę, wszystkie siejące śmierć i spustoszenie. Dlaczego zstąpiły na ziemię? Z czyjego rozkazu? Jaki mają plan? Czy ludzie zdołają im się przeciwstawić?
Penryn wyrusza w desperacki pościg, aby uratować własną siostrę, porwaną przez Anioły. Żeby zwiększyć swoje szanse, musi zjednoczyć siły ze swoim wrogiem. Razem przemierzają Kalifornię, niegdyś piękną i słoneczną, dziś zniszczoną i wyludnioną, a wszechobecna śmierć niejednokrotnie zagląda im w oczy. Wkrótce każde z nich stanie przed dramatycznym wyborem. Po której stronie się opowiedzą?*

Zamawiałam tę książkę przez internet, więc pierwsze wrażenie było takie: "O nie.. biały papier"  *jęk*  "Właściwie to ten opis brzmi nieco tandetnie.."
Jak bardzo się myliłam! To jedna z najlepszych książek jakie miałam okazję ostatnio czytać i niestety jednocześnie prawdopodobna sprawczyni złamania mojego solennego postanowienia nie kupowania żadnych nowych pozycji, dopóki nie przeczytam sterty zaległych książek piętrzącej się w moim pokoju.

Penryn należy do tego mniejszego grona głównych bohaterek, które są wspaniałe i da się je jedynie lubić. Niesamowicie przyjemna w odbiorze, nieprzewidywalna postać, obdarzona dziwnym imieniem, nadanym jej na cześć  zjazdu z autostrady jakiejś tam (nie pamiętam .-.), a także specyficznym poczuciem humoru, które razem z docinkami Raffego tworzy mieszankę wybuchową. Czy wspominałam już, że ten wróg, z którym musi przemierzać Kalifornię, to Raffael? Nie? A mówi wam coś to imię? Mi mówiło, ale autorka założyła chyba, że czytelnicy mają małe doświadczenie z motywem aniołów i nie domyślą się kimże jest ten osobnik, ponieważ w powieści dowiadujemy się o tym stosunkowo późno. Co musicie o nim wiedzieć przed przeczytaniem książki? Że jest cudowny! Przystojny (niczym anioł, ale tak dosłownie i naprawdę, nie jak 'grecki Bóg' Christian Grey),
 tajemniczy, odrobinę arogancki i sarkastyczny. Wątek romantyczny nie jest bardzo rozwinięty w tej części, więc jeśli ktoś nie lubi zbytniej wylewności w tym względzie, nie ma się czego obawiać. Muszę jednak przyznać, że Raffe i Penryn są tacy słodcy, że miałam ochotę wzdychać, jednocześnie robiąc "oooch" co jakiś czas (czyli typowa reakcja większości ludzi na widok małych dzieci, a w moim wypadku jedynie kotów, słodyczy i.. bohaterów książek xD).

PS. Jeśli Penryn nie będzie chciała Raffe'go w następnej części, to ja go wezmę, lista moich książkowych mężów nie jest taka długa, spokojnie się tam zmieści, więc gdyby ktoś pytał, to anioł jest już zaklepany!
„ Ale w istocie wszyscy błądzimy po omacku. I czasami natrafiamy na coś przerażającego.. 
"Angelfall" to momentami bardzo brutalna książka, więc jeśli ktoś takich nie lubi, to może lepiej jednak, żeby powstrzymał się od sięgania po nią. Omijanie pewnych fragmentów  raczej nie wchodzi w grę, bo niektóre są ważne dla akcji, więc.. zbrodnią byłoby to robić. Mnie osobiście się to podobało, ponieważ dodawało powieści realizmu i uwiarygadniało trochę całą historię (o ile można odnieść się w ten sposób do powieści fantasy).

No i tak - nietuzinkowość. W końcu Anioły zawsze były tymi dobrymi, prawda? Działały w służbie Boga, miały pośredniczyć między nim a człowiekiem. Jeśli w powieści dobrymi mogły być jedynie wyjątki pośród nich, a kontakt z Bogiem mógł mieć tylko najwyższy z nich rangą, co sprowadza się do tego, że tak naprawdę nikt nie wie, czy na pewno wypełnia odpowiednie rozkazy to znaczy, że świat musiał stanąć na głowie. I to czyni powieść tak inną, tak niesamowicie intrygującą. I taki jest w rzeczy samej klimat - tajemniczy, mroczny. Styl autorki dobrze oddaje powieść, przez całą jej długość czytelnik przeżywa każdą sytuację razem z Penryn, ma przed oczami obraz zarówno tych mrożących krew w żyłach scen, jak i tych przyjemnych. Co bardzo mi się spodobało, to umieszczenie w historii niepełnosprawnej siostry Penryn, Paige, oraz jej szalonej matki.  Dzięki temu cała akcja to istny rollercoaster. Książka pełna jest nieoczekiwanych jej zwrotów oraz niespodzianek.

Jak mogę to pięknie podsumować? W "Angelfall" znajdziecie zakazaną miłość, wojnę grożącą apokalipsą, odrobinę polityki, dawkę sarkazmu i humoru - czyli właściwie, SAME DOBRE RZECZY!**
Nie wiem, czy przeżyję, jeśli nie zdobędę wkrótce drugiej części w swoje ręce. W każdym razie... bardzo polecam!

Jak oceniam?: 9/10

*Opis jest jedynie odrobinę zmodyfikowaną wersją opisu znajdującego się na okładce książki ["Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata", Wydawnictwo Filia, wydanie I, Poznań 2013]
** Cóż, pomijając wojnę, ale na tym opiera się fabuła książki i .. Bez tego wątku wszystko straciłoby sens, więc proszę o nie czepianie się tego źle wyglądającego zestawienia słów xD Uznajmy ją za dobrą w sensie książkowej fabuły.

czwartek, 5 stycznia 2017

Król Kruków - Maggie Stiefvater

Moje postanowienia TBR 2017 są już w toku, niestety zanim będę mogła podzielić się z wami swoją opinią na temat czytanych obecnie książek, czekają na mnie jeszcze recenzje z roku 2016, których nie dokończyłam. Czasami po prostu wena nie nadchodzi w stosunku do pewnych rzeczy, albo nadchodzi z czasem.. Większa część osób, które odwiedzają tego bloga również sama bloguje, więc wiecie, co mam na myśli. Dlatego dzisiaj bardzo długo przeciągana w czasie recenzja "Króla Kruków", którego skończyłam czytać już daawno temu.
[PS. Z góry przepraszam za masową ilość porównań do innej powieści jego autorki!]

Wydawnictwo: Uroboros

Blue pochodzi z rodziny wróżek. Jako jedyna nie ma takich zdolności jak jej krewne, jednak też posiada swego rodzaju dar - jej osoba wzmacnia magię, mimo, że dziewczyna sama się nią nie posługuje. Życie Blue jest już wystarczająco dziwne, i wcale nie pomaga fakt, że matka przepowiada jej, że kiedy pocałuje ona chłopca, którego kocha, ten umrze. Ale Blue nigdy nie miała bliższej styczności z chłopcami i to dla niej szok, kiedy spotyka tego, którego ponoć zabije...
W pobliżu miejsca pracy nastolatki mieści się szkoła, w której uczą się tylko chłopcy. Uczęszczają do niej trzej przyjaciele - Gansey, Ronan i Adam. Gansey od zawsze miał obsesję na punkcie Króla Kruków, Glendowera, który ponoć od wieków spoczywa gdzieś przy linii mocy biegnącej w miasteczku, czekając, aż ktoś go obudzi. Razem z kolegami próbują namierzyć to miejsce, ale poszukiwania nie idą najlepiej. Dziwnym trafem spotykają Blue i dziewczyna zgadza się im pomóc. Dzięki niej wkrótce wszyscy trafiają do zaczarowanego lasu, w którym wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż w normalnym świecie. Kto wie, może Król Kruków jest już na wyciągnięcie ręki?


Z Maggie Stiefvater miałam wcześniej spotkanie przy okazji "Drżenia", gdzie wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. A to szczególnie za sprawą swojego pięknego, finezyjnego prawie stylu pisania, który idealnie komponował się z tematyką powieści. Po przeczytaniu obu książek mam pewne przemyślenia co do tej autorki, ponieważ w obu przypadkach poradziła sobie nieco inaczej, ale o tym za chwilę.

Ktoś kiedyś napisał, że w "Królu Kruków" od początku bardzo dużo się dzieje, jednak w moim mniemaniu akcja na dobre rozkręciła się gdzieś od około... 200 strony! Mam pojęcie, że to bardzo dużo i część osób na pewno do tej pory gotowa byłaby zrezygnować z czytania. Wydaje mi się, że to stąd biorą się te skrajne opinie na temat tej książki. Po prostu jedni są mniej wymagający niż inni, jeśli chodzi o akcję, a Ci drudzy nie mają ochoty doczytywać do końca. I muszę przyznać, że do tej pory powieść rzeczywiście wydawała mi się dosyć dziwna, prawie ciężka.. Z tego powodu wytrzeszczałam w pewnych momentach oczy, no bo jak to, na pewno Maggie Stiefvater  to napisała?! Niemożliwe! Dlatego wiedzcie, że kiedy już dotrwacie do strony z numerem +/- 200 (wartość orientacyjna), wasze zdanie o "Królu Kruków" ulegnie diametralnej zmianie. Może to wtedy dopiero czytelnik ma szansę odpowiednio wczuć się w akcję, w każdym razie powieść wciąga jak dobry film przygodowy.*

Bohaterowie są przyjemni w odbiorze, aczkolwiek nieidealni. Ich normalność to miła odmiana. Mogę was zapewnić, że dobrze wykreowanymi, wyrazistymi postaciami są zdecydowanie Ronan i Gansey. Często grają pierwsze skrzypce i łatwo ich jest zauważyć. Kogo i czego nie mogłam ścierpieć, to Blue i Adama oraz nieudanego mini-romansu. W "Drżeniu" autorce poszło świetnie, jeśli o to chodzi, tak właściwie to główny wątek tamtej powieści i tutaj nasuwa się jeden wniosek: lepiej jej idzie pisanie książek o wątku miłosnym, niż przygodowych. Adam to prawdopodobnie postać poboczna, ale Blue miała być główną bohaterką, więc nie mogę zrozumieć, dlaczego była taka niewidoczna przez cały czas? Naprawdę nietrudno było ją przeoczyć. Będąc już przy Blue - znacznie bardziej niż ona przypadła mi do gustu jej rodzina, to znaczy wróżki, wróżki i jeszcze raz wróżki. Niejednokrotnie są sprawczyniami zabawnych sytuacji, co wprowadza trochę więcej koloru do akcji.

Styl pisania autorki w tej książce nadal trzyma poziom ("Król Kruków" został wydany wcześniej niż "Drżenie", więc tak właściwie to tam poziom jest nadal utrzymany). Jeśli chodzi o sam pomysł, to mimo, że biorąc pod uwagę całokształt druga powieść wypadła lepiej, uważam, że pod tym względem "Król Kruków" zdecydowanie wygrywa. Historia jest interesująca - sama już nawet postać Glendowera jest bardzo intrygująca. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie zetknęłam się z jej legendą, a chyba każdy lubi odnajdywać w książkach nowe, ciekawe informacje.
W obu powieściach autorka porusza różne problemy, w szczególności natury człowieczej. Podoba mi się, że nie poprzestaje jedynie na budowaniu magicznej fabuły, ale skupia się na problemach rodzinnych i związanym z nimi destrukcyjnym wpływem na jej członków. To również zdecydowanie wzbogaca treść.

Mimo to "Króla Kruków" poleciłabym młodszym czytelnikom, nie tylko ze względu na bohaterów, ale również i resztę fabuły. Grupka nastolatków poszukująca przygód od razu obudziła we mnie wspomnienia "Ulyssesa Moore'a" i doszukałam się paru podobieństw, dlatego jeśli są tu jacyś fani tej serii, mogą śmiało sięgnąć po recenzowaną pozycję. Ja dawno nie czytałam książki tego typu i z tego powodu, mimo, że odrobinę zawiodła moje oczekiwania, zważając na pochwały ze strony zagranicznych bookstagramerów, koniec końców przypadła mi do gustu. Mam nadzieję, że Maggie Stiefvater zdążyła się już wystarczająco "rozgrzać" w tej części, i że w następnej będzie tylko lepiej, ponieważ zapowiada się bardzo obiecująco.

Ocena: 6/10


*Tak, wiem, że to fantasy, ale jak dla mnie to bardziej podchodzi pod przygodówkę i koniec xD

niedziela, 1 stycznia 2017

Książkowe Postanowienia Noworoczne

Cześć, kochani! Jak tam wasz posylwestrowy stan? ;) Ja muszę przyznać, że mój całkiem dobrze i mam nadzieję, że wasz mniej więcej też, w końcu jutro poniedziałek i powrót do rzeczywistości...
Pośród całego bałaganu postanowiłam wygospodarować trochę czasu na napisanie postu, który nie będzie recenzją, a będzie dotyczyć postanowień noworocznych. Zauważyłam, że w ostatnim czasie wiele osób dodaje listę książek, które chciałyby przeczytać w 2017 i postanowiłam zrobić rzecz podobną, aczkolwiek pozwoliłam sobie na pewną personalną modyfikację :)

"100 książek, które chciałabym przeczytać", podzieliłam na 3 sekcje, mianowicie: "Książki, które przeczytam (ponieważ wciąż czekają na półce na swoją kolej)" i "Książki, które chciałabym przeczytać" oraz "Książki, które zamierzam przeczytać ponownie". Chciałabym od razu zaznaczyć, że nie umieszczałam tu całych serii, tylko konkretne tomy (oprócz sekcji nr.1), ponieważ gdybym nie zrobiła tego w ten sposób, lista ze 100 wzrosłaby do jakiś 170 pozycji. Cóż.. zaczynajmy więc!

          (ponieważ wciąż czekają na półce na swoją kolej)

Jest ich aż, uwaga... 34. Tak, wiem, to całkiem spora liczba jak na zaległe lektury, ale uzbierałam taką nadwyżkę m.in przez prezenty świąteczne, a wcześniej dlatego, że po prostu bardziej opłacalne jest zamawiać większą ilość książek. Jednak obiecuję wszystko nadrobić, a tak poza tym... książek nigdy za wiele!




 Tu pojawiają się pozycje, które chciałabym zdobyć w tym roku. Wśród nich są również angielskie wydania, i nie wiem, jak, skąd i kiedy je zdobędę, ale to zrobię! Wszystkich książek jest tutaj jest 60.


W tej sekcji umieściłam książki, które chcę przeczytać jeszcze raz, ponieważ: a) chcę odświeżyć sobie pamięć, bo zdobyłam dalsze części serii i ciężko byłoby je czytać z lukami w pamięci lub b) po prostu je uwielbiam (tak jak to jest w przypadku Akademii Wampirów i Mary Dyer). Jest ich obecnie 6 - oczywiście biorąc pod uwagę jedynie pierwsze tomy.


Mam nieodparte wrażenie, że o czymś zapomniałam i znając życie, na pewno coś pominęłam! Jeśli w ciągu tego roku na moich półkach znajdą się książki spoza listy, to z góry przepraszam. Jak na razie jednak pozostańmy przy tym, co się tu znalazło. Podczas tego roku będę starała się zrealizować książkowe postanowienia*... te nieksiążkowe, których tu nie wymieniłam również :) Nowy Rok to czas nowych początków, nowych szans, nowych celów oraz doświadczeń. To również czas zmian, jeśli tylko pragniemy coś zmienić w naszym życiu. I postanowień właśnie. I dlatego na końcu chciałabym wszystkim, którzy tu trafili życzyć, aby rok 2017 był znacznie lepszy niż ten poprzedni. Obyście i wy pomyślnie zrealizowali wszystko, co sobie zamierzyliście. 
Szczęśliwego Nowego Roku!

Koniecznie napiszcie w komentarzach, czy któraś z wymienionych przeze mnie książek pokrywa się z waszymi must-have w tym roku i czy macie jakieś inne ciekawe propozycje :)

Obecny stan wyzwania: 3/100