piątek, 30 grudnia 2016

Malfetto. Mroczne Piętno - Marie Lu

Dzisiejszym słowem wstępu chciałabym się usprawiedliwić. Tak, wiem, że "Król Kruków" znajduje się w zakładce "Obecnie czytam" od ponad dwóch tygodni. I tak, przeczytałam go już dwa tygodnie temu, ale nie mam weny do napisania jego recenzji i chyba do końca tego roku to się nie zmieni. Właściwie w  ogóle nie miałam wstawiać tu dziś recenzji, w jej miejsce miał pojawić się inny post, ale koniec końców wyszło, jak wyszło i chyba trochę przesunę tamto zamierzenie w terminie. Chyba nikt się nie obrazi, jeśli postanowienia noworoczne dodam po Nowym Roku?

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Adelina kilka lat temu przeszła chorobę, która zostawiła głębokie blizny nie tylko na jej ciele, ale i duszy. Tak jak niektóre z nielicznych osób, które przeżyły, jest naznaczona Mrocznym Piętnem - specjalną zdolnością, u każdego objawiającą się inaczej. Ludzie nazywają takich jak ona Malfetto. Część ludu i władze boją się ich i pogardzają nimi, spychając ich jednocześnie na margines i obarczając ich winą za wszystkie spotykające ich nieszczęścia. Adelina zaznała w życiu dużo cierpienia. Jej serce powoli przejmuje mrok, i dziewczyna może obiecać, że wkrótce to Ci, którzy stanęli jej na drodze będą cierpieli, nie ona...

Chyba większość z nas tak ma, że kiedy sięgamy po inną książkę autora, który wcześniej wywarł na nas bardzo dobre i pozytywne wrażenie, mamy w stosunku do niej wysokie oczekiwania, a poprzeczkę ustawiamy bardzo wysoko. I chyba każdy zna to uczucie, kiedy okazuje się, że tym razem to nie będzie dobra lektura - opisuje je najlepiej tylko jedno słowo - zawód.

Marie Lu jest autorką serii "Legenda" (recenzja 1 części - klik), dzięki której wkradła się w moje łaski. Odnoszę dziwne wrażenie, że pisząc "Malfetto" Lu celowała wyżej niż przy wymienionej wcześniej serii, ale nie do końca się jej udało. Owszem, pomiędzy "Legendą" a "Malfetto" jest przepaść - ale nie uznałabym jej za pozytywną. Szczególnie zadziwiła mnie kreacja postaci - tak dobra tam, a o wiele słabsza tutaj.

Główna bohaterka powieści, mimo, że ma potężną moc i ma być zła do szpiku kości, jest tak naprawdę bezbarwna. W dodatku mówi bardzo mało i jeśli podejmuje jakąkolwiek decyzję, to jest to ta najgorsza opcja z możliwych. Rozumiem, że Marie Lu chciała stworzyć antybohatera - ale nawet on powinien być odrobinę przebieglejszy i myślący przede wszystkim. Nie mam nic przeciwko czarnym charakterom, często nawet czuję do nich sympatię, pod warunkiem, że mają jakiś wyraz, że to złoczyńcy z prawdziwego zdarzenia.
Byłabym w stanie również zrozumieć szpecące Adelinę blizny (w końcu to taka odmiana od wszystkich perfekcyjnych bohaterów, prawda?), choć nie powiem, że wcale mnie nie irytował brak jednego z jej oczu. Skoro już jednak musiało tak być, to chociaż autorka mogła to oddać bardziej realistycznie. Za to raz czytałam, że Adelina ma zasklepioną bliznę tam, gdzie powinno być oko, a raz, że ma pusty oczodół (to znaczy nie, że pusty oczodół jest pod blizną, tylko, że jest odsłonięty). Nie wiem, czy ja czegoś nie zrozumiałam, ale wydaje mi się, że jedno nie równa się drugiemu? To chyba powinno być zakwalifikowane do miana błędów technicznych.

Reszta bohaterów również mnie nie zachwyciła. Relacje pomiędzy nimi zostały słabo przedstawione i wydawało mi się ich tak jakoś mało w akcji. Nawet Enzo w moim mniemaniu został przedstawiony jakoś...niewystarczająco.  Jedynie Terenowi autorka poświęciła więcej uwagi, dzięki czemu jesteśmy w stanie dogłębnie go poznać. 
Inną rzeczą jest to, że nie zupełnie umiałam zrozumieć poczucia humoru bohaterów. Jeśli zdarzał się tam śmiech, to jego powodem była kompletnie sucha sytuacja i nie było w niej nic zabawnego. Wyglądało to tak, jakby Marie Lu w ostatniej chwili przypomniało się, że byłoby fajnie, gdyby w "Mrocznym Piętnie" znalazło się parę humorystycznych scen i postanowiła tam wcisnąć cokolwiek...

Czas wymienić plusy, bo chyba narzekania było już dość.
Sama fabuła była dość interesująca i wręcz odbiegająca od innych. Tym razem odrzuceni nie byli tylko ci niżej postawieni w hierarchii społecznej, ale znajdowali się tam również ci z wyższych klas. Nareszcie przynajmniej w obliczu choroby ludzi nie chroni pozycja.
Poza tym powieść napisana jest w bardzo przystępnym i miłym języku - przynajmniej w kwestii stylu pisania Lu nie zawodzi. Za sprawą tego oraz dużej czcionki czyta się błyskawicznie, dlatego jeśli nawet lektura nie przypadnie wam do gustu, nie będziecie zbytnio żałować poświęconego czasu.

Jeśli w tej książce jest coś, co mnie zaintrygowało, to z pewnością jest to zakończenie. Pojawił się tam rozdział z punktu widzenia pewnej postaci - Maeve*. Szczerze mówiąc uważam, że gdyby ona była główną bohaterką, powieść byłaby znacznie ciekawsza. Niestety musimy zadowolić się Adeliną.
Jeśli postanowię sięgnąć po drugą część (ale to raczej nie zdarzy się w najbliższym czasie) to będzie to spowodowane tym, że końcówka zdecydowanie wzbudziła moją ciekawość i zatrzymała mnie na chwilę w napięciu. No, cóż.. Jeśli planujecie sięgnąć po powieść autorstwa Marie Lu, zdecydujcie się na "Legendę", ponieważ "Malfetto" raczej nie wywrze na was większego wrażenia.

Jak oceniam?: 4/10

A wy? Czytaliście "Mroczne Piętno"? A może macie za sobą serię "Legenda"?


*Zbieżność osób i nazwisk z postaciami ze "Szklanego Tronu" jest prawdopodobnie przypadkowa.

wtorek, 27 grudnia 2016

Elita - Kiera Cass

Chciałabym wszystkich powitać po świętach! Mam nadzieję, że nie padliście z przejedzenia i wciąż żyjecie, ponieważ trzeba jakoś przetrwać do sylwestra, a chyba nie muszę przypominać o tym, że w pierwszy dzień nowego roku zazwyczaj nie obfituje w najlepszy stan.. Prawda? Tymczasem niektórzy z nas, którzy jeszcze się edukują, mają w czasie dzielącym święta od sylwestra wolne! Nie wiem, jak wy, ale ja zamierzam wykorzystać ten czas "produktywnie", poświęcając odpowiednią jego ilość na czytanie. Trzeba przetestować pozycje znalezione pod choinką, a chyba ciężko znaleźć na to lepszy czas :)
Wracając jednak do tematu posta: tych, którzy jeszcze nie zetknęli się z autorką, zapraszam do recenzji pierwszego tomu serii Rywalki. Dzisiaj szybki rzut okiem na to, co oferuje nam Kiera Cass w tomie II.
Wydawnictwo: Jaguar
Cykl: Selekcja (tom II)

To dopiero wstęp, a tak właściwie już mogłabym opisać cała książkę, ponadto - za pomocą tylko jednego zdania. Mianowicie: w "Elicie" dzieje się praktycznie NIC. Główny problem całego drugiego tomu serii "Rywalki" to rozterki sercowe Americi, jej niezdecydowanie pomiędzy wyborem Maxona a Aspena, co tak właściwie grało pierwsze skrzypce* również w części pierwszej.
I co sprowadza się oczywiście do tego, że tak jak w tamtym przypadku, nasza droga główna bohaterka raz mizdrzy się z jednym, a potem drugim. I tak w skrócie to opis całej fabuły.
Posunę się do stwierdzenia, że tom I był znacznie lepszy - o wiele więcej ciekawie poprowadzonych wątków i akcji, być może ze względu na obecność większej ilości postaci.

O ile "Rywalki" przyrównałam pod pewnymi względami do "Igrzysk Śmierci", to teraz chciałabym to odwołać. Tylko podział społeczeństwa jest podobny, a jedyne, co łaczy Americę z Katniss, to występujący tu jej naszyjnik ze słowikiem, a tam broszka kosogłosa (mam na myśli podobny symbol). Ogólnie rzecz biorąc - Ami wydaje się tu płytsza jeszcze bardziej niż była wcześniej. Może to bardzo fizyczne porównanie, ale bohaterka jest jak magnes odwrócony biegunem dodatnim do dwóch innych o charakterze ujemnym . Wystarczy, że któryś z jej chłopaków coś powie, a ona już do niego lgnie. I tak na zmianę - raz Maxon, raz Aspen, chociaż ten drugi jest po prostu zbędny i nic swoją osobą nie wnosi do fabuły, poza samą egzystencją i byciem wieczną drugą opcją dla głównej bohaterki. Do Maxona nadal nie mam zarzutów - nadal przyjemna, ale mocna, w tej części owiana trochę większą atmosferą tajemniczości postać. Chociaż dziwię się, że udało mu się wytrzymać tyle z Americą.

Czy znajdziecie tu jeszcze coś pozytywnego? Na pewno to, że czytanie zajmie wam bardzo niewiele czasu, ponieważ styl autorki nadal pozostaje taki sam - lekki, łatwy w odbiorze. Tym razem, dzięki Bogu, nie znalazłam w wydaniu tyle błędów, co w poprzednim tomie.
Odrobinę rozwinięty został wątek rebeliantów i to coś, na co miałam nadzieję, dlatego to się chwali autorce. Poznajemy też bliżej rodzinę królewską - przede wszystkim króla, a także historię Illei,
Inną zaletą jest zakończenie powieści, które jest niczym światełko w tunelu i daje nadzieję, że być może 3 część cyklu "Rywalki" będzie się znacznie różnić od tej i że główna bohaterka się zmieni.

Chyba czas na ocenę... Może mnie za to zlinczujecie, ale nie umiem dać w tym przypadku więcej (a to i tak całkiem sporo).

Ocena: 5/10

*America grała na skrzypcach. Ja to jednak mam talent do tych trafnych uwag xD



piątek, 23 grudnia 2016

PRZYGOTOWANIA DO ŚWIĄT BOOK TAG


To mój pierwszy tag! Wstawiam go trochę późno, bo późno, ale jakieś 10 dni temu nominowała mnie do tego tagu Klaudia z bloga Recenzje Klaudii, i tak, przyznaję się bez bicia... zapomniałam o tym całkowicie! Dlatego dodaję ten post niespełna dwadzieścia minut przed północą, żeby jeszcze zdążyć przed Wigilią.  W końcu lepiej późno niż wcale, prawda?


W tym roku niestety nie była przystrojona w żaden sposób, na jednej z półek pojawił się jedynie świąteczny lampion i świeczka. W zeszłym roku przystroiłam je lampkami, ale pamiętając, ile się z tym namęczyłam, odkładałam to i w końcu wyszło tak, że postanowiłam sobie to odpuścić w tym.
Ale.. lampki wiszą na karniszu i mam w pokoju mini choinkę, więc atmosfera świąteczna jest!


  1. KSIĄŻKI! I wiem, że mi je przyniesiesz, mój drogi. Dokładniej, że będzie ich dużo. Ale niespodziankami też nie pogardzę :)
  2. W sumie to wynika z punktu wyżej, ale.. prezenty!
  3. Dni wolne od szkoły!
  4. Koty! Ale moje 3, które mam, w zupełności mi wystarczą, dlatego nie musisz się fatygować xD
  5. Święta. One same przyszły, więc tym też nie musisz zawracać sobie głowy.
  6. Słodycze. Prawdopodobnie to wiesz. Prawdopodobnie każdy kto mnie zna wie!
  7. Coca - colę i Pepsi. Ugh. Okropny nałóg. 

Mam w rodzinie niestety mało moli książkowych (:/). Jednak kuzynka dostanie ode mnie w prezencie "Hygge. Klucz do szczęścia" jako, że stwierdziła, że chciałaby coś zmienić w swoim życiu. Nie mam pojęcia, czy to pomoże, ale być może przyda się na dobry początek!


ZDECYDOWANIE  "Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata"! Ostatnio wzięłam ją w końcu do ręki, bo dość długo pozwalałam jej czekać w stercie książek do przeczytania. Jakoś niezbyt mnie do niej ciągnęło, to znaczy nie czułam się do końca zachęcona.. A tu proszę. Zakochałam się!
[PS. Za jakiś czas pojawi się recenzja. ]


Hm.. Niech będzie "Złodziejska Magia" Trudi Canavan. Strasznie irytowała mnie Rielle, ale całokształt dosyć mi się spodobał.


Wiecie, to skomplikowany związek. Kochamy się i nienawidzimy jednocześnie - ale wydaje mi się, że przez większość czasu jednak to pierwsze. Nie lubię śniegu, bo nie znoszę ubierać się jak eskimos i po prostu nie cierpię marznąć (nie jestem masochistką). Lubię go, bo tworzy cudowną atmosferę i daje nam szansę podziwiania pięknych widoków. I generalnie wolę, żeby świat pokryty był masą śniegu w zimę, niż żeby padał deszcz. Ale kiedy ostatnio śnieg pojawił się na Boże Narodzenie? Dawno? Globalne ocieplenie strasznie zepsuło cały klimat. I znając życie, o ironio, śnieg spadnie na Wielkanoc..  



To zdecydowanie najfajniejsza część tego tagu, ale czy autor tagu wie, do czego mnie zmusza? Do układania tych książek z powrotem na półkach w wigilię :/ Nie to, że nie lubię zmieniać ustawień na półkach, ale to wigilia! No, ale mus to mus. Brakuje "Szklanego Tronu", bo został ostatnio pożyczony, a tak poza tym wydaje mi się, że o czymś zapomniałam. PS. Gdyby ktoś nie ogarnął koncepcji - na samym szczycie znajduje się Akademia Wampirów, która robi za kapelusz, a "Przeminęło z Wiatrem" i "Drżenie" występują w roli guzików.


Wymieniłabym tu znów "Angelfall" ale wolę zostawić je w rezerwie, więc "Niezłomni" C.J. Daugherty. Co prawda czytałam tę książkę dłuższy czas temu, ale zapewniam was, że czekała bardzooo, bardzooo długo na przeczytanie - no dobra, może nie aż tak długo, ale tak na oko było to jakieś 7-8 miesięcy.


"Kevin sam w domu"! I choinka, ale... Kevin!


Dosyć ciężki wybór. Aż musiałam przeciągnąć wzrokiem po wszystkich półkach z książkami. I pewnie wymieniłabym tu "Zmierzch" bo tak na dobrą sprawę to on wciągnął mnie w świat książek, ale obecnie niespecjalnie pałam do niego miłością, dlatego wybieram serię "Akademia Wampirów" Richelle Mead. To były książki, które niesamowicie mnie od siebie uzależniły. Po prostu.. byłam bliska rozpaczy po przeczytaniu szóstej części mając świadomość, że to już ta ostatnia. Na szczęście później autorka napisała Bloodlines, powieści z tego samego świata, ale z perspektywy innej postaci, które mimo, że byłam do nich nastawiona sceptycznie, również mnie wciągnęły.


Tu mogę wymienić wszystkie książki Sary J. Maas. Gusta są różne, ale, Boże, ta kobieta ma taki cudowny styl pisania, że nawet gdyby ktoś nienawidził jej książek, musiałby przyznać, że styl jest świetny.


Czas wykorzystać ponownie "Angelfall", Może akcja nie była taka słodka, ale Rafael i Penryn to prawdopodobnie zostaną moim ulubionym OTP na ZAWSZE. Oni sami są tacy słodcy, że spokojnie mogliby robić za lukier na świątecznych ciastkach.


Wezmę tutaj przykład z Klaudii - "Obudź się, Kopciuszku" Natalii Sońskiej. Prześliczna!


Ostatnio recenzowana "Cinder" autorstwa Marissy Meyer. Naprawdę, chyba nie mogę do niczego się przyczepić w tym przypadku!


"Dwór Mgieł i Furii". Jak mogą nam kazać tak długo czekać?!


Och, to bardzo proste. Pierogi z kapustą i grzybami. Każdy wie, że święta bez pierogów to nie święta.  Co jak co - pierogów na wigilijnym stole zabraknąć nie może!


"Rywalki" Kiery Cass. Były wszędzie! Prawie na każdym blogu, prawie na każdym forum, w rozmowie na Messengerze, w mojej głowie, nawet w usłyszanej rozmowie w autobusie, po prostu wszędzie.


  1. Rodziny. To najważniejsza część!
  2. Choinki. Jak to, że święta bez choinki?
  3. Ubierania jej. Chociaż wiem, że większość ludzi robi to wcześniej, u mnie zazwyczaj to właśnie ten dzień.
  4. Pierwszej gwiazdki.
  5. Prezentów!
  6. Dzielenia się opłatkiem i składania życzeń. 
  7. Świątecznych piosenek i kolęd. Tak, to ten moment, kiedy rodzina zmusza cię do wyciągnięcia gitary, której nie ruszałaś od roku i nie masz wyjścia, musisz im akompaniować. Zaraz, chwileczkę, czy to nie przypadkiem mój ciężki los? xD
  8.  Śniegu, niestety w Polsce cierpimy na jego niedobór już od dłuższego czasu.
  9. Dobrego jedzenia. Podobno jaka wigilia, taki cały rok, ale nie wiem jak wy, ja sobie pozwalam w ten dzień na więcej :)
  10. 12 potraw, chociaż u mnie czasami nie stosujemy się do zachowania tej konkretnej liczby.
  11. Życzliwości i miłości. To ten dzień, kiedy powinniśmy być w stosunku do siebie jeszcze lepsi, niż jesteśmy zazwyczaj. Lub czas, aby coś zmienić :)
  12. Śmieszków przy stole. Tak, dobrze przeczytaliście, po prostu nie miałam już pomysłu xD


Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to "Wodnikowe Wzgórze", które nadal czeka na przeczytanie (ale i tak się liczy, prawda?).


Ale ten tag długi!
Postanowiłam tym razem nie nominować nikogo - bo ludzie, za chwilę Wigilia, kto by miał czas, by w ogóle przyjąć nominację? Następnym razem się poprawię! Tymczasem chciałabym wam wszystkim życzyć wesołych świąt, wspaniałych chwil spędzonych z bliskimi, wielu trafionych prezentów, oraz szczęśliwego nowego roku. I oby jak najwięcej przeczytanych książek w 2017, w szczególności tych dobrych, a najlepiej bardzo dobrych, które na długo pozostaną w waszym sercu :)

Pozdrawiam, Ewelina

środa, 21 grudnia 2016

Cinder - Marissa Meyer

Historii, które w jakiejś mierze opierają się na baśniach jest wiele. Być może dlatego są tak czarujące - mają w sobie jakąś magiczną część, która nadaje im właśnie tę baśniowość. Zapewniam was, że jeśli sięgniecie po "Cinder", znajdziecie kopciuszka, ale innego niż zwykle. Marissa Meyer postanowiła opowiedzieć nam historię biednej dziewczyny, która jednak pomimo tego, że jest oczywiście ujmująca i czarująca, jest jednocześnie wybrudzona smarem, a organy jej ciała w 1/3 zastąpione są przez... części maszyny.

Wydawnictwo: Egmont
Cykl: Saga Księżycowa
Zabrały jej piękne suknie, ubrały ją w zszarzały fartuch, a na nogi włożyły drewniaki.
Cinder* jest cyborgiem mieszkającym w Nowym Pekinie, mieście powstałym w cesarstwie Wielkiego Wschodu po IV wojnie światowej. Dziewczyna nie ma żadnych wspomnień z czasów, kiedy była człowiekiem. Odkąd mężczyzna, który był jej właścicielem od samego początku jej nowego życia zmarł, opiekę nad nią sprawuje jego żona, Adri. Kobieta kocha tylko swoje dwie córki, a w Cinder widzi tylko maszynę niezdolną do uczuć, która zniszczyła i nadal niszczy jej rodzinę. Dziewczyna musi pracować jako mechanik, aby rodzina Adri miała z czego żyć. Cinder lubi swoją pracę, ale wie, że jej życie jest smutne i już zawsze będzie odmieńcem. Zdążyła się już przyzwyczaić do tego faktu i dlatego udaje jej się go tolerować. Jednak do czasu. Nagle wszystko się zmienia, a to za sprawą pojawienia się pewnego dnia w jej warsztacie klienta, którym okazuje się być Kai, syn cesarza. Wydaje się, że on wcale nie zauważa smaru i całego elektryczny bałagan.. Problem pojawia się wraz z przybyciem na ziemię królowej Levany, władającej księżycem..

Dawno żadna książka nie przyprawiła mnie o szybsze bicie serca - nawet ostatnio recenzowana 2 część uwielbianego przeze mnie "Szklanego Tronu", a "Cinder" udało się to zrobić, szczególnie przy ostatnich stronach, gdzie znajdują się momenty kulminacyjne (o ile mogę użyć tego określenia w liczbie mnogiej) powieści. Książkę czyta się niesamowicie szybko, a świat przedstawiony jest bardzo wyraziście, opisy wcale nie są nużące. Dosłownie czułam się, jakbym oglądała film science fiction.
Nie można również narzekać na brak akcji - toczy się ona w zadziwiającym tempie i cały czas dzieje się coś interesującego.

Wątek miłosny nie jest znacznie rozwinięty - jest bardzo subtelny. Jest tak z oczywistych względów, mam jednak wielką nadzieję, że w kolejnych częściach posunie się to dalej, chociaż zakończenie może wskazywać na wiele różnych możliwości. Kai to taki prawdziwy książę z krwi i kości**, rodem z bajki o Kopciuszku.  Dobry, czarujący, przystojny, a do tego gotów poświęcić się dla swojego państwa. Choć uważam, że mógłby być odrobinę wyraźniej wykreowany, to podobnych jemu bohaterów chyba nie sposób nie polubić.
Co do głównej bohaterki - z pewnością roztopi wasze serca. Wszystkie zdarzenia zawarte w akcji mają na nią tak duży wpływ, że czytelnik przeżywa wszystko razem z nią, dzieli z nią emocję. Przez całą długość powieści było mi jej strasznie szkoda, jednocześnie przy tym podziwiałam ją i bardzo jej kibicowałam. Cinder to mądra, czasem nawet zabawna dziewczyna (czy powinnam powiedzieć: cyborg?). Jest bardzo pozytywną postacią. Ogólnie rzecz biorąc bohaterzy "Cinder" są zupełnie tacy jak w baśni - zżyjecie się z tymi dobrymi postaciami, a znienawidzicie czarne charaktery.

Tematyka w szerszym pojęciu (pomijając elementy baśni) jest moim zdaniem oryginalna i dość świeża. Co prawda możemy spotkać obecnie wiele powieści z cyborgami, klonami i tym podobnymi w roli głównych bohaterów, ale już rzadziej natykamy się na m.in ludzi ze specyficznymi zdolnościami zamieszkujących księżyc, którzy są w wrogich stosunkach z ziemianami oraz ze światem osadzonym w przyszłości, gdzie technologia jest tak świetnie rozwinięta i wszystko jest bardzo zinformatyzowane (osobiście z takim czymś spotykam się częściej w filmach, w książkach na ogół postęp zamiast iść do przodu, cofa się, lub akcja rozgrywa się w przeszłości - lub po prostu czytam nieodpowiednie książki). Odskocznią było również to, że tym razem akcja miała miejsce we wschodniej części globu, bo przecież zazwyczaj amerykańscy autorzy preferują umieszczanie jej na swoich terytoriach.
Zagadka historii Cinder jest odrobinę schematyczna i łatwa do odgadnięcia, ale tak właściwie to nie umniejsza to wartości powieści, bo choć odgrywa dość istotną rolę, to nie jest ona głównym tematem fabuły. Co do zakończenia - nie do końca baśniowe, ale na pewno niespodziewane. Nie zdradzę niczego więcej! Jak już wcześniej powiedziałam, zwiastuje wiele różnych sposobów, w jakie może potoczyć się akcja kolejnej części.  UWAGA, "Cinder" niebezpiecznie wciąga! Kiedy zaczniesz czytać, nie będzie odwrotu. Przez cały dzień, a może nawet i noc będziesz miał/a szansę być cyborgiem! Tak.. chyba rzadko się to zdarza [xD], dlatego warto zaopatrzyć się w tę powieść.
__________________________________________________________________

Założę się, że większa część z was już ma za sobą Cinder. Jakie są wasze odczucia? Może chcielibyście znaleźć tę powieść pod choinką? Dajcie znać, co znalazło się na waszej liście życzeń! :)

*Czy to już brzmi znajomo?
**Gdyby ktoś pytał - to jest metafora!

niedziela, 18 grudnia 2016

Korona w mroku - Sarah J. Maas

Słowem wstępu, mam dla was jedno obwieszczenie: jeśli nie czytaliście jeszcze "Szklanego Tronu", to zdecydowanie czas nadrobić zaległości.
Jeżeli jednak już czytaliście i go polubiliście, to "Koronę w Mroku" wręcz pokochacie. Akcja pędzi jeszcze bardziej, jest ciekawiej, poruszane jest zdecydowanie więcej wątków - no i... na co jeszcze czekacie? Czas pędzić do księgarni!


Wydawnictwo: Uroboros

Śmierć jednakże była zarówno jej klątwą, jak i jej darem, a do tego dobrą przyjaciółką od wielu,  wielu lat.
Celaenie niczego obecnie nie brakuje, chociaż zawód (o ile można to tak nazwać), który wykonuje, nie jest wymarzonym zajęciem. Szczególnie, że dziewczyna musi być na każdy rozkaz króla i eliminować każdego wedle jego życzenia. Kiedy każe on dziewczynie wyeliminować Archera Finna, jej dawnego znajomego, nie wie, że wplątuje ją w interakcje z ludźmi tworzącymi spisek, który swoimi sieciami sięga znacznie bliżej wnętrza zamku, niż mógłby sądzić...

Celaenie niestety udało się mnie na początku zirytować i przez pewien czas miałam jej dość. Później wszystko zostało jednak wybaczone. Zabójczyni dużo działa w tej części - tym razem jest mało strojenia się w wymyślne, księżniczkowe stroje, tym razem mamy do czynienia z prawdziwą akcją!

Chaol niestety nie jest moim ulubieńcem dlatego ucieszyłam się w momencie, w którym teoretycznie nie powinnam się cieszyć xD Mamy szansę poznania strażnika bliżej - a nawet dowiedzenia się co nieco na temat jego przeszłości. Autorka poświęciła Chaolowi dużo czasu w tej części serii, dużo do tego stopnia, że zaczął mnie on irytować jeszcze bardziej niż zdarzało się to wcześniej. Jest jednak również dużo Doriana i to idzie autorce na duży plus! Sprawiła ona, że jego postać jeszcze bardziej intrygująca (choć mogłaby być odrobinę bystrzejsza, ale nieważne) i czasami miałam nawet większą ochotę czytać o jego poczynaniach, niż o Celaenie. Ujawnia się pewna rzecz, która może tak właściwie zrujnować chłopakowi życie, albo wręcz przeciwnie - tylko dzięki niej może mieć szansę przetrwać.

Dowiadujemy się również nieco o królu Adarlanu. Muszę przyznać, że intryguje mnie ta postać - być może nawet go polubię? W każdym razie nie łudźcie się, że znajdzie się w nim jakaś krztyna dobra - to jest ten czarny, najczarniejszy charakter całej serii. Maas otoczyła go jednak taką aurą tajemniczości, że nie sposób nie zastanawiać się nad jego poczynaniami i nie interesować się tokiem myślenia. To zdecydowanie postać warta uwagi.

Co do zakończenia i pewnego odkrycia dokonanego przez tego nieszczęsnego Chaola, to szczerze mówiąc, miałam pewne swoje małe podejrzenia, odkąd ten wątek został wcześniej poruszony. Ale nie miałam pojęcia, że Celaena o wszystkim wie! Autorka nigdy nie wspomniała o tym z jej perspektywy (może raz..). Zakończenie jest po prostu świetne! Z tego powodu jestem zmuszona podtrzymać to, co stwierdziłam we wcześniejszych recenzjach książek Sary J. Maas - ta kobieta umie (och, umie xD)  zaskakiwać. Dodatkowo umiejętnie tworzy napięcie. Szczerze mówiąc... tak lubię jej styl pisania i to, co ona tworzy, że nie wiem, czy w najbliższym czasie po odstawieniu jej książki będę umiała docenić dzieła innych autorów. Może powinnam sobie zrobić przerwę od czytania?* :/

Tak - znów polecam wszystkim! Książka prawie idealna - pełna akcji i przygód, z doskonale wykreowanymi bohaterami, którzy wzbudzają w czytelniku przeróżne emocje - od złości i irytacji aż po radość czy też satysfakcję.
Kiedy zaczniecie wertować strony tej powieści, zajmie was ona na długie godziny i zapewni przeżycia, jakie powinna wam dostarczyć każda dobra książka. U mnie teraz chwila przerwy od "Szklanego Tronu" na inną lekturę.. o ile powstrzymam się przed wzięciem do ręki "Dziedzictwa Ognia".

Jak oceniam?: 9/10**



*Z tą przerwą to taki suchar oczywiście.

piątek, 16 grudnia 2016

Serafina - Rachel Hartman


Wyobraźcie sobie, że w naszym świecie, w obecnym czasie, nagle pojawiają się smoki. Jaka waszym zdaniem byłaby reakcja ludzi? Najpewniej społeczeństwo podzieliłoby się na 2 części: na tych, którzy tych stworzeń przeraźliwie się boją i uważają, że należy je wytępić oraz na tych nie mających nic przeciwko nim i będących zwolennikami życia w pokoju ze smokami.*


Wydawnictwo: MAG


W świecie, gdzie żyje Serafina, obowiązuje pokój ze smokami. Jednak zarówno po jednej, jak i drugiej stronie znajdują się przeciwnicy rozejmu. W przeszłości toczyły się walki między ludzkością a istotami, które swoim ogniem i siłą były zdolne niszczyć i plądrować ich życie i majątki. Smoki są jednak bardzo inteligentne i to jeden z nich był pomysłodawcą pokoju między swoim gatunkiem a rodzajem ludzkim. Nie są jednak zdolne do emocji, kieruje nimi wyrachowanie i zimna kalkulacja. Uczucia pojawiają się u nich jedynie, kiedy przebywają w ludzkiej postaci - saarantrai. Między innymi przez to jedynym uczuciem, jakie żywi większość ludzi w stosunku do smoków jest przerażenie, a czasami nawet obrzydzenie.
Nie będę wam zdradzać tajemnicy głównej bohaterki, choć część z was zapewne już się domyśla, co skrywa Serafina. Dziewczyna jest bardzo uzdolniona muzycznie - talent odziedziczony po nieznanej jej matce, dzięki czemu dostaje się na stanowisko asystentki nadwornego kompozytora. Serafina przez zdolności związane z jej sekretem odkrywa spisek, który może zaważyć na losach nie tylko Goreddu, ale i całego świata ludzi i smoków..

Akcja rozkręca się dość wolno. Mamy tu do czynienia z 470 stronami, a bardzo łatwo jest odczuć, że na początku występuje  zbyt mała ilość dialogów w stosunku do tekstu. Jednak należy znaleźć pozytywną stronę tego zjawiska - przynajmniej jesteśmy szczegółowo wprowadzeni w świat, w którym osadzeni są bohaterowie, jak i mamy możliwość bliższego poznania ich samych.

Główna bohaterka, czyli Serafina, jest postacią, która musi ukrywać się ze swoim pochodzeniem i wszystkim, co z nim związane, co skazuje ją na życie w samotności. Przechodzimy z nią przez dylematy i trudne decyzje związane nawet z życiem codziennym. Rachel Hartmann położyła w książce nacisk na problem rasizmu - tak doskonale widoczny w życiu Serafiny jako osoby bojącej się pokazać światu swoje prawdziwe oblicze. Tym razem nawet polubiłam główną bohaterkę - nie działa czytelnikowi, była mądra i zazwyczaj rozsądna, a czasami nawet miała odrobinę poczucia humoru.
Co mnie zaskoczyło w powieści i było niezbyt wiarygodne, to że Serafina tak łatwo wkupiła się w łaski Glisseldy. Rozumiem, wielki talent, ale to było już dziwne. Nie sądzę, by często się tak zdarzało, by zwykli ludzie, a w dodatku wydający się odrobinę dziwni i skrywający jakąś tajemnicę, zyskiwali sympatię członka rodziny królewskiej. No, chyba, że to było na porządku dziennym w Goreddzie, kto wie?

Gdybym miała wybrać dwa rzeczowniki, które określają tą książkę wybrałabym najpewniej:
spokój i piękno.
Styl pisania Rachel Hartman jest delikatny, wręcz subtelny, ale przyciągający. Dobrze wpasowuje się w klimat książki i to właśnie dzięki niemu przyszło mi na myśl słowo spokój.
Mam jednak wrażenie, że autorka, choć chciała przekazać różne emocje poprzez bohaterów - zrobiła to zbyt słabo w przypadku głównej bohaterki i większości postaci. Nawet w finałowej scenie nie jest zawartego nic, co bardziej poruszyłoby czytelnika.
Wśród bohaterów wyróżnili się jedynie Orma i Comonot, ponieważ możemy zauważyć bardziej wyrazistą metamorfozę tych postaci, ale to nie jest... wystarczające. Wydawało mi się to zaledwie okruchem tych wszystkich emocji, które mogły się tu pojawić.

Pomysł na książkę był naprawdę dobry. Mimo to, Hartman w pewnym stopniu zaniżyła jej potencjał. Dlatego "Serafina" nie zawojowała mojego serca, odcisnęła tam jedynie lekki ślad, który raczej nie pozostanie na dłużej. Mam nadzieję, że inne części książki to zmienią, bo przecież to dopiero debiut literacki Rachel Hartman i być może tym były spowodowane  wady powieści.

Jak oceniam?: 6/10
* Jak znam życie i szerokie grono miłośników fantasy, pojawiłaby się również grupa ludzi-fanatyków, którzy przebieraliby się za smoki i przesiadywaliby z nimi razem w ich gniazdach (takie przemyślenie,)

wtorek, 13 grudnia 2016

Rywalki - Kiera Cass

Wydawnictwo: Jaguar
Cykl: Selekcja

Kolejna książka z cyklu "przeczytaj-mnie-każdy-mnie-wielbi". Po lekturze "Światła, którego nie widać" postanowiłam wziąć sobie na cel coś bardziej relaksującego (czytaj: konkretny odmóżdżacz) i przy czym będę się dobrze bawić, i na odstrzał* poszły właśnie "Rywalki".

America Singer wywodzi się z Piątek - kasty, która do najbogatszych nie należy. Z tego powodu jej rodzinie nigdy dobrze się nie wiodło, pomimo, że wszyscy starają się jak mogą. America jednak jakoś radzi sobie ze swoim życiem. Jest szczęśliwie zakochana w Aspenie. Jest tylko jedna rzecz stojąca na drodze do ich wspólnego szczęścia - Aspen jest Szóstką, co oznacza, że znajduje się w hierarchii jeszcze niżej niż America. Matka Americi nigdy by się nie zgodziła, by jej córka wyszła za kogoś z jeszcze niższej kasty - przecież takie rzeczy się nie zdarzają.  Dziewczyna wierzy jednak, że jakoś znajdą sposób, by być razem. Żyje w tym przekonaniu do czasu, gdy do jej domu przychodzi list obwieszczający o tym, że Maxon, książe, przyszły król Illei, poszukuje kandydatki na żonę, która ma być wyłoniona w konkursie. Brać udział będzie w nim 35 dziewcząt - najpiękniejszych przedstawicielek swoich stanów. Pod naciskiem ze strony bliskich America zgłasza swoją kandydaturę, ale później wszystko idzie nie tak, jak sobie zaplanowała...

Kiera Cass napisała powieść, którą czyta się niesamowicie szybko i która wciągnie was już od pierwszych stron - autorka nie owija w bawełnę i bardzo szybko zaczyna się coś dziać.

Cass pisze bardzo prostym językiem, i niestety tu już czas wytknąć pierwszą wadę powieści: niektóre ze zdań były po prostu absurdalne (wina autorki czy tłumacza, kto wie?). Również niektóre z poprowadzanych przez nią akcji wydały mi się wręcz śmieszne. (Za chwilę pojawi się mały spoiler, więc jeśli ktoś sobie go nie życzy, niech zamknie oczy lub pominie ten fragment!) Przykładowo: główna bohaterka najpierw całuje się z jednym chłopakiem, następnie z drugim, potem znów z pierwszym, po czym obwieszcza temu drugiemu, że nie, ona nie wybiera żadnego z nich. Ona wybiera siebie. Naprawdę? I potrzebowała ich przetestować, mieszając swoje DNA z ich, żeby się upewnić, i dlatego rozegrała to w ten sposób? Dodam, że te wydarzenia miały miejsce w krótkich odstępach czasowych. Inne irytujące sytuacje z bohaterką w roli głównej? Jest w czym wybierać.
America zamiast tytułu księżniczki powinna dostać tytuł najbardziej irytującej głównej bohaterki albo absurdu ostatnich lat. Zdecydowanie zasłużony.

Skoro już zaczęłam wymianiać wady "Rywalek", to jest jeszcze inna, może nawet bardziej rzucająca się w oczy - schematyczność i przewidywalność! Praktycznie po samym opisie z tyłu okładki można snuć domysły, co się ostatecznie wydarzy i jest bardzo prawdopodobne, że będą one trafne. Jeśli nie spełnią się w tej części, to spokojnie - są jeszcze dwie kolejne. Skoro jesteśmy już przy przewidywalności, natknęłam się wcześniej na dużo porównań powieści do "Igrzysk Śmierci". I rzeczywiście można znaleźć wiele podobieństw pomiędzy dwiema książkami! Co je różni? Zdecydowanie to, że w "Rywalkach" rywalizacji, czyli teoretycznie głównego wątku, jest dość mało. Kończy się na urodzie i odpowiednim wdzięczeniu się do księcia, o czym się przekonacie z resztą, jeśli postanowicie po nie sięgnąć.

Te schematy już jednak mają w sobie coś takiego, że wciągają. I dlatego "Rywalki" nie są aż takie złe. Może się zdziwicie, gdy powiem, że w jakiś sposób historia przedstawiona przez autorkę mi się podobała. Swój wkład miał w to prawdopodobnie fakt, że lubię czytać romanse. Oraz powieści z elementami baśni lub bajki.

Właściwie mogłabym wymienić dwie rzeczy, które oprócz tego zatrzymały mnie przy książce. Pierwszą z nich niewątpliwie był Maxon. Pomimo, że jak na przyszłego księcia powinien być nieco bardziej spostrzegawczy w kwestii swojego ludu i państwa (w książce America wychodzi na bohaterkę, bo uświadamia księcia co do niektórych rzeczy - czyżby klepki na oczach od urodzenia?), to najciekawsze momenty książki to właśnie te gdzie akcja była związana z nim. Czytając je nie mogłam się nadziwić, że America nie rzuciła w cholerę wspomnień o Aspenie i nie skupiła swojej uwagi właśnie na Maxonie.

Druga rzecz - intrygująca kreacja świata. Ta baśń ma miejsce, o dziwo, w przyszłości. Świat jest już po czwartej wojnie światowej, akcja toczy się w Illei - państwie, w które zostały przeobrażone Stany Zjednoczone. Społeczeństwo podzielone na 8 kast wbrew swojej woli i teoretycznie logice. To wcale nic nowego, bo przecież od razu nasuwają się tutaj "The Hunger Games". Cóż.. To, że zostało to już gdzieś użyte, nie zmienia faktu, że jednak pod jakimś kątem się różni, prawda?

Co prawda uważam, że autorka mogła lepiej wykorzystać potencjał swojego pomysłu, ale nie dziwię się, że "Rywalki" zdobyły dużą popularność i tak wielu zwolenników. Intryguje mnie, co stanie się zanim książe znajdzie żonę (bo wszyscy i tak już doskonale wiemy, kim ona będzie), ponieważ Kiera Cass zakończyła pierwszą część w sposób pozostawiający wiele dla wyobraźni, dlatego też "Elita" znalazła się na mojej świątecznej wish list. Jeśli jesteście elastyczni i nie straszne wam schematy - dopiszcie pierwszą część do swojej.

Jak oceniam?: 6/10


*Klimaty wojenne nadal w mojej głowie.

sobota, 10 grudnia 2016

Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

Wydawnictwo: Czarna Owca

Czytając książki takie jak ta, których akcja toczy się w rzeczywistości, widzę, dlaczego lubię czy wręcz wolę czytać fantasy. Kiedy je czytam, wszystko wydaje się przepełnione kolorami, zaś gdy czytałam "Światło, którego nie widać", wszystko było szare. Takie jednak miało być - w końcu tematyka książki dotyczyła spraw, które kolorowe były tylko pod nielicznymi względami. Powieści mówiące o wojnie inne być nie mogą, bo wtedy nie oddawałyby realności, tylko trąciłyby kiczem. W pewnych momentach jednak "Światło, którego nie widać" wydawało się wręcz magiczne, a to za sprawą wielu bogatych zabiegów, zastosowanych przez autora. Być może balansował on na krawędzi, i gdyby poszedł dalej, zaprzepaściłby realność swojej powieści. Anthony Doerr jednak doskonale wiedział, gdzie leży granica.

Akcja powieści toczy się w czasie II wojny światowej. Za głównych bohaterów moglibyśmy uznać Marie-Laure - niewidomą, choć dość szczęśliwą do tej pory Paryżankę, która zmuszona jest opuścić wraz z ojcem swoje miasto, by schronić się w bezpieczniejszym miejscu, oraz Wernera Pfenniga - Niemca, który wychowywał się w sierocińcu, i który później trafia na front. Śledzimy także losy ojca Marie, jej stryjecznego dziadka, oraz bardzo nieprzyjemnego niemieckiego oficera i osób z nimi powiązanych. "Moglibyśmy" ich tak nazwać ponieważ pomimo, że są oni ważną podstawą książki, Doerr uczynił z nich narzędzie, przez które przekazuje czytelnikowi tyle aspektów wojny, ile tylko może.

Każdy powinien czytać powieści nawiązujące do tragedii z przeszłości, aby mógł uświadomić sobie ich ogrom i docenić to, że my nie musimy być ich częścią, oraz ludzi, którzy cierpieli po to, żebyśmy my nie musieli. Autor nie zapomina również o naszym kraju - choć Marie-Laure mieszka we Francji, gdzie również toczą się działania wojenne, ale jak podkreśla Doerr w pewnym momencie - Francuzi traktowani są z odrobinę większym szacunkiem niż Polacy. Akcja w naszym kraju może nie toczy się zbyt długo, ale napisane jest, że Werner Pfennig znajdował się w naszym kraju wraz ze swoją jednostką; o Łodzi wspominane jest nawet dwa razy.
Powieść Anthonego Doerra pozwala również zrozumieć ówczesnego oprawcę, naród Niemiecki -  na jakich ludzi się dzielił oraz jak działała cała machina rządów Hitlera. Na przykładzie Wernera widzimy osobę, która w głębi duszy czuje, że postępuje źle, spełniając rozkazy ludzi postawionych wyżej niego, ale dopuszcza do siebie tę myśl stosunkowo późno - bo nie chce im się narażać, bo nie chce zrozumieć, że wszystko, co robił do tej pory nie było i nie jest słuszne. Autor nie bał się opisywania brutalnych scen, które niejednokrotnie pojawiają się przy przy tym bohaterze.

"Światło, którego nie widać" jest długie i trudne, jednocześnie będąc piękne i poruszające, ale przede wszystkim zmuszające do refleksji, dotykające człowieka na wielu płaszczyznach.
Jeśli na początku książka wydaje się wam nudna, nie rezygnujcie z niej - najciekawsza jest w momencie, kiedy historia dwójki bohaterów osiąga prawie apogeum. Później jednak okaże się, że to wcale nie jest koniec, po czym Doerr złamie wam serce tylko po to, byście zobaczyli, jak okrutny potrafi być los i jak niesprawiedliwe było żyć w tamtym czasie.
Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze.
Ciężko ocenić powieść tego typu. Książka ma parę wad - między innymi to, że jest momentami nużąca i jej objętość mogłaby być nieco mniejsza. Mimo to zdecydowanie ją polecam - na pewno coś z niej wyniesiecie. Wiele się nauczycie, uronicie łzę lub kilka, a być może nawet zmienicie swój sposób postrzegania niektórych rzeczy?

Jak oceniam?: 7/10

czwartek, 8 grudnia 2016

Dwór Cierni i Róż - Sarah J. Maas


Wydawnictwo: Uroboros (Grupa Wydawnicza Foksal)

Mur dzieli świat na dwie części. Północne ziemie to Prythian - kraina należąca do Fae, potężnych istot obdarzonych magią, a południowe należą do ludzi, którzy obawiają się mieszkańców północy. Feyra mieszka ze swoimi dwiema siostrami i ojcem kaleką w niewielkiej odległości od muru.
Tylko dzięki niej jeszcze żyją - utrzymują się jedynie z tego, co uda się jej upolować. Pewnego razu dziewczyna zapuszcza się w las w poszukiwaniu zwierzyny nieco dalej, niż powinna i zabija ogromnego wilka, co okazuje się być wielkim błędem. Wkrótce bowiem w jej chacie pojawia się przerażający stwór z północy, który pod pretekstem Traktatu podpisanego niegdyś przez ludzi i Fae żąda jej życia w zamian za życie jego przyjaciela. Feyra ma do wyboru albo zginąć z rąk przybyłej bestii, albo udać się z nim do jego krainy i pozostać tam już na zawsze. Co jest lepsze - rychła śmierć, czy podróż z przerażającą istotą do jeszcze bardziej przerażającego Prythianu i tego, co w sobie skrywają jego mroczne ziemie?

Od czasu lektury "Szklanego Tronu" odnoszę wrażenie, że nie mogłabym się oderwać i czerpałabym przyjemność z czytania, nawet, gdyby Sarah J. Maas pisała o steku bzdur, albo spod jej ręki wyszłaby powieść, gdzie głównym bohaterem byłby hot-dog, a w roli jego rozterek miłosnych występowałyby ketchup i majonez (nie pytajcie mnie, dlaczego akurat jedzenie. I nie, nie piszę tego, będąc głodna.)
Na szczęście moje, jej i wasze również - zupełnie tak nie jest. Wręcz odwrotnie - w "Dworze Cierni i Róż" spotkacie wielobarwne, interesujące postaci. A do tego już wspomniany wyżej i w recenzji Szklanego Tronu styl pisania autorki, który sprawi, że nie będziecie w stanie odjąć rąk od jej książki, a ciernie oplotą was i nie odpuszczą aż do ostatniej strony.

By na chwilę oderwać się od mojego rozpływania się w zachwycie nad panią Maas, czyli odchodząc od subiektywnego punktu widzenia, powiem obiektywnie, że w Szklanym Tronie znajdziecie trochę więcej akcji niż tutaj. Historia Feyry nadal jednak jest zajmująca.

Przez pierwsze kilka stron czułam się zawiedziona, bo myślałam, że będzie ona pełnić rolę posługaczki swojej nie robiącej nic rodziny, ale później wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsca i okazało się, że nie wszystko jest takie, jak się wydawało. Szybko zmieniłam swoje zdanie o niej. Podobało mi się również to, że dość szybko zaakceptowała swoje położenie, kiedy znalazła się na Dworze Wiosny. I że nie trwała uparcie w przekonaniu, że Tamlin to podła bestia (bo wcale nią nie był). Tym razem główna bohaterka nie posiada szczególnych umiejętności, jeśli nie zaliczać do tego urody i zamiłowania do malowania. I oczywiście dbania o całą rodzinę.
Prawdopodobnie pisząc kolejną rzecz, nie zaspoileruję wam książki, ponieważ wynika to z samego opisu na tylnej okładce i każdy się tego domyśla - coś zacznie się dziać pomiędzy nią, a Tamlinem. [Tamlin - równie czarujący, co Dorian (ST).]
Wątek miłosny jest tu jeden - dość prosty, właśnie z nim. Kiedy częściej zaczął się pojawiać Rhysand, spodziewałam się, że Feyra zacznie coś czuć również do niego, ale od razu powiem, że się myliłam (nie ma trójkąta, jak na razie! chociaż posunęłabym się do stwierdzenia, że Rhysand jest trochę bardziej intrygującą postacią niż Tamlin). No, chyba, że autorka zaskoczy nas czymś jeszcze w kolejnej części - której polskiego wydania nie mogę się już doczekać!

Swoją drogą, to bardzo często narzekam, że jest bardzo łatwo domyślić się pewnych rzeczy, które teoretycznie mają odegrać kluczową rolę w książce - tutaj tak zupełnie nie było. Maas bardzo zaskoczyła mnie pewną rzeczą w decydującym momencie (niestety nie poruszę tego głębiej, bo bez spoilerowania się nie da), miało to miejsce podczas trzeciego zadania, jakiego Feyra musiała się podjąć (będziecie wiedzieć, o co chodzi, kiedy przeczytacie).


Dwór Cierni i Róż wydał mi się nietuzinkowy na tle innych książek, ze względu na postaci właśnie i fabułę. Tym razem to miała być przerobiona, nowa wersja Pięknej i Bestii, ale ja osobiście nigdy nie porównałabym Tamlina do bestii (poza tym, miał umiejętność zmiennokształtności i mógł się w nią zmieniać xD). Poza tym obstawiam, że wątek Rhysanda mógł być lekko zainspirowany mitem Demeter i Kora. Cóż, mogę tylko powiedzieć, że autorce wychodzi świetnie budowanie starych baśni od nowa. Być może niektóre momenty w książce wydawały się nieco tandetne.. Ale kto by się tym przejmował w świetle takiej ilości pozytywów?

Być może to już podchodzi pod obsesję, ale polecam książki Sary J. Maas wszystkim! Jestem szczęśliwa, że mam jej książki na półce, i zdecydowanie chcę mieć ich więcej.*

Jak oceniam?: 9/10


*PS. Przepraszam za moją niezdrową obsesję na punkcie autorki.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Drżenie - Maggie Stiefvater


Wydawnictwo: YA!
Cykl: Wilkołaki z Mercy Falls

Z "Drżeniem" miałam styczność już kiedyś, ale jako, że zamówiłam jakiś czas temu dwie pozostałe części trylogii, postanowiłam powrócić do początków i przeczytać tom pierwszy jeszcze raz, aby uniknąć niejasności. Wytrwałam jednak w postanowieniu, które sobie postawiłam - bardzo chciałam przeczytać to w zimie, albo przynajmniej w czasie, kiedy spadnie śnieg, żeby mieć idealne odzwierciedlenie świata w książce - nie bez powodu znalazła się ona w ostatnim poście na pierwszym miejscu.

Grace od zawsze obserwuje wilki mieszkające w lesie otaczającym jej dom. Od zawsze, to znaczy od kiedy została porwana przez te fascynujące stworzenia, ale w jakiś sposób jednak znów znalazła drogę do domu. Tak właściwie doprowadził ją do niego szczególny wilk, jej wilk, o złotożółtych oczach...
Sam w zimnie zmienia się w wilka, tylko w cieple potrafi utrzymać swoją ludzką postać. Ma nad tym jednak coraz to mniejszą kontrolę, ale dla Grace pragnie być człowiekiem. Od tego zdarzenia w przeszłości zawsze nad nią czuwał, obserwując ją spomiędzy drzew swoimi złotożółtymi oczami i nigdy nie zbliżając się zanadto, poza tym jednym razem...

"Drżenie" jest subtelne i delikatne, dokładnie tak jak Sam, czyli jeden z dwójki głównych bohaterów. Wiem, że może dziwnie to zabrzmi, ale miałam wrażenie, jakby w tej powieści dziewczyna i chłopak zamienili się miejscami - to znaczy charakterem i przysposobieniem. Grace była taka bezpośrednia i prostolinijna, a Sam odrobinę nieśmiały, skryty, z duszą artysty. Nie uznawajcie tego za wadę książki - tym na pewno się wyróżnia, bo zazwyczaj spotykamy odwrotną kombinację.

Dawno nie czytałam niczego o wilkołakach i innych zjawiskach. Dlatego było mi aż miło znów sięgnąć po coś nawiązującego do tej właśnie tematyki (no dobrze, tym razem "wilków", a nie wilkołaków, bo tak to określali bohaterzy).
Wiem, że ostatnio strasznie narzekam na braki akcji we wszystkim, lecz tutaj również nie znajdziecie takiej, która zrzuciłaby was w umysłową przepaść, przynajmniej przez większą część książki. Jednak jest to spowodowane tym, że autorka skupiła się raczej na opisywaniu uczuć bohaterów, ich wewnętrznych zmagań (mam tu bardziej na myśli Sama) i ich związku, niż na fantastycznych akcentach. Czasami trochę mnie to nużyło (ale najprawdopodobniej powodem tego jest fakt, że czytałam tę książkę wcześniej jeszcze w tym roku i umiałam przewidzieć, co się zdarzy). Było to też jednak w jakiś sposób piękne. Powieść jest o miłości i trudnych wyborach, ciągłych zmaganiach z losem, który stawia wiele przeszkód na drodze do szczęścia. Maggie opisuje to wszystko poetyckim językiem, który najlepiej określiła Cynthia Leithich Smith: "muzykalny, magiczny i niemal promieniejącym romantycznością.. Idealny, żeby podbić bystre umysły i poetyckie serca". Sposobem, w jaki autorka zakończyła powieść jestem jednocześnie wzruszona i urzeczona.

"Drżenie" było.., jak powrót do domu. Było tak normalne, a przy tym tak magiczne, że było mi dziwnie powrócić do rzeczywistości. Mogę was jedynie zachęcić do zapoznania się z twórczością Maggie Stiefvater, ja osobiście już nie mogę się doczekać sięgnięcia po "Króla Kruków".

Chciałabym jeszcze pod koniec pochwalić wydawnictwo za wydanie - niesamowicie klimatyczna okładka i czcionka nadająca estetyki książce. Czyta się z przyjemnością.

Jak oceniam?: 8/10

PS. Zdjęcia robiłam, kiedy było jeszcze trochę śniegu! Bałam się, że książka nie przetrwa tego popołudnia, szczególnie będąc tak torturowana przez Pannę Miau, która postanowiła oznaczyć ją jako swoją własność, śliniąc okładkę od góry do dołu (ale to było niesamowicie słodkie, kiedy tuliła się do wilka).

piątek, 2 grudnia 2016

Top 5 książek do czytania w zimowe dni i noce

Zima to nie tylko święta, ale też i specyficzny klimat, który pozostawia wiele dla wyobraźni. To pora roku nawet lepsza niż jesień na zaszycie się w cieple z herbatą, czekoladą lub kawą i książką, najlepiej wieczorem, choć, jeśli ktoś może, to.. na znacznie dłużej.
Postanowiłam wybrać 5 tytułów, które umilą wam ten czas. W każdej z powieści znajdziecie akcenty zimy, dlatego świat ten zewnętrzny, jak i wewnętrzny, ten w książce, będą intensywniejsze i.. bardziej realne. ;)







1. Drżenie - Maggie Stiefvater

 To wzruszająca, a jednocześnie zadziwiająco subtelna powieść, którą na pewno polubicie. Wylądowała na pierwszym miejscu, ponieważ akcja książki toczy się na przełomie jesieni i zimy, i tu chłód ma największe znaczenie (jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, nie będę spoilerować). Jak się zapewne domyślacie, skoro trafiła na 1 miejsce, najbardziej polecam wam sięgnąć właśnie po nią - oczywiście jeśli lubicie powieści, w których głównym wątkiem jest miłość i jeszcze nie macie ich dość.
Recenzja "Drżenia" pojawi się za jakiś czas na blogu.

2. Chłopiec zwany Gwiazdką - Matt Haig

 Szczerze, to na tę pozycję natrafiłam na blogu Lustro Rzeczywistości przy okazji stworzenia przez jego autorkę listy idealnych prezentów na Mikołajki i gdyby nie on, to nie wiem, czy tak szybko trafiłaby ona (książka) w moje ręce. Jeśli szukacie czegoś magicznego, a jednocześnie świątecznego, a także jeżeli lubicie klimaty "Opowieści Wigilijnej", to powieść Matta Haiga będzie dla was idealna.

3. Akademia Wampirów - Richelle Mead

Fakt - tytuł brzmi trochę tandetnie i bardzo prosto, ale niech was to nie zwiedzie!
Chociaż czytałam tę serię tak dawno, to nadal pozostaje ona jedną z moją ulubionych. Zima tutaj.. No cóż, mimo, że większość akcji toczy się w Stanach, to jednak w pewnym momencie znajdziecie się w mroźnej Rosji. Pomoże także fakt, że stamtąd pochodzi boski Dymitr.. Aż chyba sama przeczytam jeszcze raz książki Pani Mead raz w tę zimę..


4. Podaruj mi miłość - Gayle Forman, Kelly Link, Holly Black, David Levithan, Rainbow Rowell, Ally CarterKiersten WhiteMyra McEntireStephanie PerkinsLaini TaylorJenny HanRainbow RowellMatt de la Peña



Tutaj miała się znaleźć uwielbiana przeze mnie "Szóstka Wron", ale.. stwierdziłam, że wolelibyście znaleźć jednak coś klimatycznego. "Podaruj mi miłość" to 12 opowiadań, które określiłabym jako przede wszystkim właśnie świąteczne, urocze i baaardzo romantyczne. Mimo, że nie przepadam za czytaniem takich zbiorów, ponieważ zawsze wydają się zbyt krótkie, to te były całkiem przyjemne.
Jeśli odpowiada ci klimat rodem z romansów z świątecznym tłem, to pędź do księgarni!

5. Gra O Tron -  George Richard Martin



Dobrze, wiem! Tę książkę czytał już chyba każdy. Jeśli jednak jeszcze jej nie czytałeś, to wydaje mi się odpowiednia do poznania w chłodną porę roku. Być może będzie Ci łatwiej poznać Starków, kiedy poczujesz, jakbyś znajdował się z nimi w Winterfell. Przecież...
Winter is coming...
Poza tym, "Gra o Tron" wydaje się odpowiednia dla osób, które raczej odmówią sobie pozycji umieszczonej na 4 miejscu. Jeśli jednak to nie jest to coś, zawsze możesz wybrać jako alternatywę "Szóstkę Wron"! Pamiętaj jednak, że obie pozycje nie przybliża Ci raczej klimatu świąt xD