wtorek, 29 listopada 2016

Legenda. Rebeliant - Marie Lu

Dziś recenzja książki, którą bałam się przeczytać, ponieważ była polecana przez wszystko i wszystkich, a ostatnia pozycja, którą wszyscy rekomendowali okazała się co najwyżej średnia. Przy czym nawet oprawa "Legendy" była nieco skromniejsza od "Silver".. Ale cóż - nie o grafikę w tym wszystkim chodzi. Wobec treści drugiej pozycji miałam trochę wyższe oczekiwania. I muszę przyznać - tym razem się nie zawiodłam, i ten przypadek zupełnie potwierdza fakt, że w niepozornym, na pierwszy rzut oka wydaniu, może kryć się literacki diament.


Wydawnictwo: Zielona Sowa

Republika - kraj znajdujący się gdzieś na obszarze znanym nam obecnie jako Stany Zjednoczone. Państwo toczy ciągłą wojnę z Koloniami. Sytuacja jest trudna - świat jest zniszczony przez wiele katastrof, ludzie dzielą się na większość - tych żyjących w skrajnej biedzie, oraz mniejszość - pławiących się w luksusach. Day należy do tej pierwszej grupy i mimo, że jest poszukiwany przez państwo jako groźny przestępca, chociaż tak naprawdę nie czyni nic złego (oprócz paru wyskoków na instytucje państwowe, ale to się nie liczy - kraj i jego system są chore i niesprawiedliwe), to stara się, jak może, by jego rodzina mogła przeżyć. June urodziła się w bogatej rodzinie, oddanej i szanującej Republikę. Od dziecka jest szkolona na żołnierza, by mogła umacniać kraj przez swoją działalność i działać na szkodę Kolonii. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że członek jej rodziny został zabity, zamierza odnaleźć przestępcę i sprawić, że pożałuje swojej zbrodni. Tym bardziej, że dowiaduje się, że zrobił to Day, najbardziej poszukiwany przestępca w Republice..

Uff - prawie zaspoilerowałam wam w tym szybkim streszczeniu! Mam nadzieję, że obecna jego wersja nie zdradzi wam aż tak wiele, ale jeśli jednak, to przepraszam. Wracając jednak do tematu -
być może od razu zauważycie tu typowy schemat - ale schematy są wszędzie. A mnie "Rebeliant" podobał się mimo to! Świat wykreowany przez autorkę przypomina mi ten w "Igrzyskach Śmierci" (ale nie jest taki sam). Opisywany jest oczami Daya i June, przy czym obie perspektywy różnią się nawet czcionką (na zdjęciach nie ma szczególnych spoilerów!).


Mogę was zapewnić, że polubicie bohaterów już od pierwszych stron - moim faworytem był Day, ale June też przypadła mi do gustu (mimo, że często takie postaci (z poczuciem wyższości) są strasznie irytujące). Oboje są inteligentni, niesamowicie zaradni i niestety oboje tracą kogoś bliskiego..
Jak się pewnie większość z was domyśla, występuje tu wątek miłości. Jest on jednak tak nieśmiały i nienarzucający się, że na pewno oczaruje nawet tych, którzy nie przepadają za zbytnim słodzeniem i romansem.

Gdybym miała wybrać rzecz, która podobała mi się najbardziej, wskazałabym bez wątpienia zabieg, poprzez jaki autorka złączyła losy obojga bohaterów - mam tutaj na myśli moment, kiedy spotkali się już vis-à-vis. Było to co prawda może zbyt bardzo oczywiste, ale jednocześnie wspaniałe! Musicie mi wybaczyć, ale nie będę opowiadać, jak to się stało, bo nie chcę znów spoilerować - sami się przekonacie, sięgając po "Rebelianta!"
Książka wzbudza w czytelniku pewnego rodzaju nostalgię czy też tęsknotę. Podczas czytania, bo przeżywasz wszystko razem z June i Dayem, czujesz ich emocje, to wszystko, co ich dręczy, a jeszcze, a może nawet szczególnie po, ponieważ... znów chciałbyś to poczuć. I pozostaje ci jedynie głód dalszego czytania. Nie pomaga to, że tom 1 ma tak mało stron, że dosłownie pochłaniasz go w jeden wieczór.

Tak strasznie żałuję, że nie mam przy sobie kolejnej części, a najlepiej i jeszcze następnej! Przestrzegam was jednak - nie czytajcie opisów kolejnych części zbyt wcześnie, bo zaspoilerujecie sobie tak bardzo, na ile to tylko możliwe (oczywiście ja musiałam wszystko sobie zepsuć..).


Jak oceniam?: 8/10

Kto już ma powieści Marie Lu na półce? Jak je oceniacie? Na mnie czeka jeszcze "Malfetto" i w tym przypadku również jestem pełna nadziei!

sobota, 26 listopada 2016

Silver - Kerstin Gier


Byłam świadkiem, jak ludzie (dosłownie!) rzucali się na egzemplarze tej książki podczas Targów w Krakowie. I postanowiłam nie stosować się do ambitnej zasady  Horacego* o ciemnym tłumie i tak dalej i.. też wmieszałam się w tą długą, bardzo długą kolejkę tylko po to, by kupić "Silver". Co z tego wynikło? Na pewno wyjątkowo krótka (oczywiście jak na moje długie standardy xD) recenzja. Tej książce niestety... nie udało się pobudzić mojej weny.

Wydawnictwo: Media Rodzina

Twój dom jest tam, gdzie twoje książki
Liv i jej siostra Mia nie mają stałego domu - ich rodzice rozwiedli się dawno temu, i od tego czasu siostry muszą przeprowadzać się tam, gdzie praca poniesie jednego z ich rodziców. Ale od kiedy zamieszkały w Londynie, życie Liv stało się nieźle pokręcone. 4 chłopców z jej szkoły pojawia się w... jej snach. I nie, wcale o nich nie fantazjuje, choć może to wyglądać tak, jakby jej odbiło. Co gorsza okazuje się, że oni również śnili te same sny i nie jest to dla nich nic dziwnego...

Bohaterzy książki byli w porządku - podobało mi się, że autorka obdarzyła ich poczuciem humoru, dzięki czemu całkiem często mogłam się zaśmiać, kiedy Silver lub Mia rzucały jakimś tekstem. Bardzo dziwnie jednak odczułam to, że Liv tak szybko zaakceptowała tą całą dziwną sytuację, w której znalazła się razem z chłopakami (zazwyczaj nie lubię bohaterek, które bardzo się opierają wyraźnym sygnałom, które do nich docierają, ale Liv była taką postacią rodem z horrorów, które same ciągną do kłopotów, a potem tego żałują). Poza tym nie mam zastrzeżeń.

Wątek snów był tu o wiele bardziej roztrząsany niż przykładowo w takich "Wyśnionych miejscach" Brenny Yovanoff i to jest coś, za co autorka "Silver" zdecydowanie punktuje. Było fantazyjnie, barwnie i co najważniejsze - było ich dużo.

Wydaje mi się, że ta książka ma solidny szkielet - ma bohaterów, których można polubić, ma fabułę, jest bardzo lekka, a w dodatku czcionka jest przystępnie duża, dzięki czemu czyta się płynnie. Brakowało mi tu jednak pewnych ważnych szczegółów lub przeszkadzały mi pewne rzeczy, z powodu których przez "Silver" przeszłam niestety bez większych rewelacji.

 To znaczy - niektóre wątki były bardzo przewidywalne i niestety nie wciągnęły mnie bez reszty (bez spoilerów - choćby ten rzekomy plan poświęcenia się Anabel. Nietrudno było zgadnąć, co się święci). Brakowało mi tu czegoś, co przytrzymywałoby mnie w napięciu. Nie mogłam się zmusić do odczuwania tego "podekscytowania" kiedy sięgałam po tom, by czytać dalej, ani do przeżywania emocji wraz z bohaterami. Mimo, że określiłabym ją jako dość "przyjemną", to nie odmieni ona twojego życia i nie wyciągniesz z niej głębszych przemyśleń. Ot, zwykła historia o nastolatkach z wplecionym nienarzucającym się, małym wątkiem fantasy.

Mam nadzieję, że się nie narażę, jeśli powiem, że nie mogę zrozumieć, czym wszyscy się tak zachwycają. Prawdopodobnie wyłamałam się z tłumu tą recenzją. No cóż... może gdybym przeczytała osławioną "Trylogię Czasu" Kerstin Gier, spojrzałabym na jej książki przez inny pryzmat - niestety jak do tej pory nie miałam okazji. "Silver" to nic innego jak pozycja, która przeznaczona jest raczej dla młodszych czytelników.

Jak oceniam?: 5/10

PS. Jest tu ktoś, kto ma takie zdanie o książce jak ja?!

"Odi profanum vulgus et arceo" - Nienawidzę ciemnego motłochu i unikam go / Gardzę pospólstwem i unikam go (różne wersje) 
~~Horacy
- Nie, nie jestem taka mądra, po prostu utkwiło mi to w pamięci, bo znalazłam to ostatnio w Ferdydurke i odświeżyło mi to pamięć z dawniejszych lekcji polskiego, gdzie poruszana była twórczość Horacego, postanowiłam zabłysnąć :v XD

wtorek, 22 listopada 2016

Fobos - Victor Dixen


Wydawnictwo: Moondrive (Otwarte)

Życie Leonor do tej pory było jednym wielkim nieporozumieniem i rozczarowaniem. Jako dziecko dziewczyna została porzucona na śmietniku przez osoby, które prawdopodobnie mogły być jej rodzicami, ale nie ma pewności, ponieważ nigdy ich nie poznała. Wychowywała się w domu dziecka. Kiedy dorosła, wcale nie było lepiej. Musiała podjąć pracę w fabryce przy produkcji karmy dla psów. Szczyt marzeń? Nie sądzę.
Gdy pojawia się okazja do rozpoczęcia całkiem nowego życia, Leonor postanawia z niej skorzystać bez względu na wszystko. W końcu, czy ma coś do stracenia? Program Genesis oferuje jej lot na Marsa wraz z kilkunastoosobową załogą, a także założenie związku z jedną osobą z niej i stworzenie nowej kolonii na Czerwonej Planecie. Jest jeden haczyk - cała podróż to tak naprawdę reality show o... szybkich randkach i odnajdywaniu miłości, mającej poruszyć ludzkość na ziemi. Leonor i cała grupa ze statku Cupido będą 24/7 pod nadzorem kamer, a wszystkie ich kroki będą transmitowane w telewizji na całym świecie.

Przyklejam więc do twarzy najbardziej czarujący uśmiech, na jaki mnie stać, ten sam, który ćwiczę przed lustrem każdego ranka.

I to wszystko byłoby akceptowalne, gdyby nie to, że wkrótce wyjdzie na jaw okrutna prawda o całym projekcie..

W zawirowaniu natłoku wszystkich spraw i nauki (albowiem matura nadchodzi) zdołałam pochłonąć kolejną książkę, choć sama nie wiem, kiedy znalazłam czas. Stwierdziłam jednak, że no.. ile można wytrzymać bez czytania? I mimo, że trochę bałam się ruszyć "Fobosa", ponieważ obawiałam się, że to będzie kopia "W otchłani" Beth Revis, postanowiłam w końcu się za niego zabrać. Po przeczytaniu  z lekkim sercem mogę stwierdzić, że wcale nie widzę podobieństw, oprócz tych oczywistych (kosmos, zaludnienie innej planety i tak dalej).

Muszę się jeszcze przyznać, że spodziewałam się po tej książce niczego większego. Ot, tak, zapowiadało się całkiem zwyczajnie. Wybrałam właśnie ją, bo wydawało mi się, że po prostu szybko przez nią przebrnę i nic szczególnego mnie nie zaskoczy. I na początku rzeczywiście wydawała się.. po prostu średnia.

Victorowi Dixenowi* udało się jednak podejść mnie później, kiedy totalnie wkręciłam się w akcję. I tak, to zdecydowanie było pozytywne odczucie, ale zaczęłam się zastanawiać - czy ludzie są aż tak stereotypowi, aż tak przewidywalni, że lecą na (przynajmniej tym razem nie tanie) reality show do tego stopnia, że mogą się od niego uzależnić? Bo ze mną było tak, jak z większością ludzkości, która miała oglądać rozterki pasażerów statku Cupido. Za każdym razem, gdy odkładałam książkę, wkrótce wracałam po więcej.
Podsumowując -  wystarczy wiedzieć, jak funkcjonuje psychika standardowego Kowalskiego i jak w nią trafić, i wtedy macie gotowy przepis na udaną książkę. Oczywiście Victorowi Dixenowi się powiodło.

Wątek miłosny oczywiście jest poruszany przez autora, bo na tym ma polegać program - znalezieniu partnera/ partnerki  ku uciesze widzów. Jednak nie jest on bardzo natrętny ze względu to, że dużą część książki zajął sam opis wszystkiego związanego z projektem i show, i przedstawieniem osób z nim powiązanych, oraz przez na krótkie spotkania dziewcząt i chłopców, co niektórym wcale nie będzie przeszkadzać. Ja uważam, że Dixen mógłby opisać więcej spotkań Leonor z Marcusem i trochę żałuję, że tego nie zrobił.

Czy mam swojego faworyta wśród bohaterów?
Pewnie jesteś zazdrosny o Mozziego
To mnie rozbroiło - takie typowe!
I nie, nie jestem fanką Mozarta. Niestety nieszczególnie do mnie przemówił. Od początku polubiłam za to Marcusa. Reszty chłopców nie mamy okazji za bardzo poznać, ponieważ występują z nimi tylko krótkie epizody - autor opisuje sytuację w ich kapsule tylko raz, poza tym mamy z nimi styczność jedynie podczas szybkich randek. Co do dziewczyn - Leonor nie jest zła. To znaczy - nie jest to moja bohaterka idealna, ale to jest dość specyficzna i inteligentna, za co zapunktowała. Kirsten od początku wydawała się zbyt łagodna - co było aż nadto podejrzane, niestety straciła nad sobą kontrolę tylko raz (ale moje przeczucia się sprawdziły!). Kelly - w porządku, Safia - może być, Fangfang - zdecydowanie nie, Elizabeth - nie, nie, i jeszcze raz nie. Ta postać chyba celowo została wykreowana tak, by nie wzbudzić miłości czytelnika, albo nawet powodować niechęć.

Dużo uwagi poświęcone zostało zmaganiom Leonor z jej bliznami na plecach, pozostałościach po oparzeniu. "Salamandra", bo tak dziewczyna je nazywa, zostawiła trwały ślad nie tylko na jej ciele, ale też, a może nawet przede wszystkim, na umyśle. Leonor wielokrotnie jest bliska załamania z jej powodu. Wbrew pozorom Salamandra jest dość ważna w fabule książki.

Sama intryga organizatorów całego Programu była dość przewidywalna. A tak właściwie nie tyle intryga, co sekret, który ukrywali i to, że wyjdzie prędzej czy później na jaw.
Książka jest po prostu przejrzysta i ogólnie rzecz biorąc nie mam nic strasznego do zarzucenia stylowi pisania autora, chociaż nie jest on moim ulubionym. Momentami był dość odczuwalny, choć może dziwnie to brzmi - nie mogłam do końca wtopić się przez niego w akcję.
Poza tym, jak już wcześniej wspomniałam - niektóre wątki mogłyby być szerzej poruszone. "Fobos" wydaje się za krótki.
Powieść wydaje mi się prosta, ale mimo to dobrze mi się ją czytało i chciałabym mieć pod ręką drugą  jej część - zakończenie zdecydowanie trzyma w napięciu.


Jak oceniam?: 8/10

*Tak, wiem, to strasznie dziwnie wygląda i brzmi w spolszczonej wersji..



Czytaliście? Gdyby "Fobos" miał zostać zekranizowany, widzielibyście go bardziej jako film, czy serial? (ja widzę go bardziej w drugiej opcji!)


środa, 16 listopada 2016

Złodziejska magia - Trudi Canavan

Kiedy czytasz książkę Trudi Canavan, na początku wpadasz w przekonanie, że nie przypadnie ci ona do gustu - "Nie, to zdecydowanie nie moje klimaty" - mogę się założyć, że właśnie takie będą Twoje myśli podczas brnięcia przez pierwsze strony. Mogę jednak również postawić na to, że jakiś czas później, jeśli tylko postanowisz przejść dalej, na pewno zmienisz zdanie. Miałam okazję czytać kiedyś serię "Trylogia Czarnego Maga" tej samej autorki i w tamtym przypadku było dokładnie tak samo. Z tą różnicą, że wprowadzenie tam wydawało mi się strasznie nudne, a tutaj Canavan nie poświęca na nie zbyt dużo czasu, raczej od razu rzuca nas w wir wszystkich zdarzeń. Nie zmienia to faktu, że nie wciągniesz się od razu. Do Trudi trzeba się przyzwyczaić, wyczuć jej styl.


Wydawnictwo: Galeria Książki
Cykl: Prawo Milenium

Tyen studiuje magię i historię, dlatego zajmuje się również archeologią. Pewnego dnia podczas przeszukiwania grobowców w celu znalezienia artefaktów, które mogłyby się przydać Akademii natrafia na Vellę - księgę, która dawno temu była kobietą. Jej zadaniem jest gromadzić wiedzę - zbiera myśli każdego, kto jej dotknie. Tyen postanawia na razie nie oddawać jej uczelni. Do czego to doprowadzi?
Rielle dorasta w przekonaniu, że używanie magii równa się okradaniu aniołów. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielką obsesję na punkcie tej "wiary" mają ludzie otaczający ją. Dziewczyna od dziecka widzi coś, co widzą tylko osoby z magicznym darem, ale nie chce mieć z nim nic wspólnego, do czasu, gdy pojawia się konieczność użycia go - coś ważnego, czym przysłuży się osobom, które są według niej ważne. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli.


Na początku poznajemy Tyena. Szczerze mówiąc jego świat wydał mi się dziwny, choć aby nie miało  to negatywnego wydźwięku, lepiej byłoby go określić mianem specyficznego. Trudi wzbogaciła go o technologie: aerowozy, szynoślizgi itd., których ogarnięcie może wam zająć chwilę czasu. Za to miejsce, w którym żyje Rielle nie ma żadnych nowości. Jest dość zwyczajne czy nawet bardziej naturalne, poza oczywiście fanatyczną wręcz wiarą ludzi w Anioły. W samej głównej bohaterce nie spodobało mi się to, że jest tak podatna na wpływy. Ciężko jej przychodzi zbuntowanie się, a nawet później, kiedy podejmuje ważną, samodzielną, lecz odrobinę pochopną decyzję, z powrotem wraca na "właściwą" drogę. Zdecydowanie nie jest to w moim guście, ale musiałam to przełknąć, bo nie każdy, komu od urodzenia wmawiano pewne idee, będzie umiał się im sprzeniewierzyć. Przecież nie wielu przeszłoby to nawet przez myśl (Nie każdy w końcu naczytał się tylu książek o rebelii).
Bohaterzy nie są najgorsi - mają jakiś wyraz, jednak nadal wydają się dosyć nijacy. Jeśli miałabym wybrać, kto bardziej przypadł mi do gustu, byłoby ciężko - ale skończyłoby się chyba na Tyenie. On działa bardziej aktywnie w swojej sprawie niż Rielle, która jednak pozostaje przez większość czasu bierna. W obu przypadkach znajdziemy akcję, jednak nie jest to akcja, która zmusiłaby cię do wstrzymania oddechu. Jest płynna, ale łagodna.

Dlatego też muszę szczerze przyznać, że największym plusem książki jest umiejętność Trudi wbicia czytelnika w fotel (o czym już napomniałam, słodząc autorce we wstępie)

Czas wymienić zabiegi, które mi się nie podobały. Celowe czy nie, raczej się tego nie dowiemy, możemy jedynie je roztrząsać.

W oczy kłuje to, że Canavan bardzo zdawkowo opisuje swoich bohaterów, a przynajmniej tych głównych. No, chyba, że coś przeoczyłam, ale na początku nie zauważyłam żadnego szczegółowego opisu tych postaci. Dopiero później dowiedziałam się, że przykładowo Rielle ma czarne włosy. Wcześniejsze zarysy pozostawały wiele do życzenia - a może po prostu miały zostawić szerokie pole do wyobraźni czytelnikowi?

Chyba najbardziej irytowało mnie to, że autorka zmieniała perspektywę w najciekawszych momentach! Ja wiem, że to celowy zabieg, ale czasem miałam ochotę po prostu ominąć fragment opisywany okiem (przykładowo) Tyena i przeskoczyć od razu do Rielle, bo byłam tak ciekawa, co będzie się działo dalej. Tak przy okazji mówiąc, trochę zawiodło mnie zakończenie Rielle. Tyena mnie satysfakcjonuje - ale Rielle? Co było dalej?! Gdzie się podział Sa-Mika?! Czy dziewczyna dopłynie tam, gdzie jej nakazał?! (ja bym zmieniła kierunek już przy pierwszej okazji, których swoją drogą dziewczyna miała sporo)

Zdania co do dzieł Trudi Canavan są podzielone. Mi osobiście "Trylogia Czarnego Maga" wkradła się w łaski bardziej, niż recenzowana pozycja. Jednak nie warto się tym zrażać. Po prostu tamtejsza fabuła wydaje się trochę bardziej ciekawa, niż tutejsza - umiejętności pisarskie Trudi nadal jednak pozostają na przyzwoitym poziomie.
"Złodziejska Magia" może nie jest lekturą, która rozbije Cię na małe kawałki, jednak zdecydowanie zaliczam ją do tych "w porządku". Na pewno sięgnę po kolejną część, bo po raz kolejny autorce udało się zaintrygować mnie zakończeniem - szczególnie tym w przypadku Rielle.



Jak oceniam?: 6/10

A wy, jakbyście ocenili Trudi Canavan i jej książki?

czwartek, 10 listopada 2016

Szóstka Wron - Leigh Bardugo

„ Każde serce brzmi inaczej. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. 

Bardzo chciałam przeczytać tę książkę.
Widywałam ją już od dłuższego czasu na wszystkich zagranicznych bookstagramach, blogach i tak dalej, gdzie zbierała same laury.
Tak bardzo chciałam ją przeczytać, że nie wahałam się ani chwili, dostrzegając ją na półce księgarni. I mimo, że czytanie planowałam odłożyć na później... no, po prostu, jakoś tak wyszło.

Wydawnictwo: MAG


Kaz Brekker ma zaledwie 17 lat, a ma na swoim koncie tyle przestępstw, że ciężko byłoby je zliczyć.
W Ketterdamie każdy zna nazwisko chłopaka, który zrobił z Szumowin liczący się gang.
Pewnego dnia Kaz otrzymuje ofertę, która może nieść ze sobą wielkie pieniądze. Problem w tym, że zadanie, które należy w tym celu wykonać, jest praktycznie niewykonalne. Wymaga ono bowiem napadnięcia na Lodowy Dwór, niezdobytą dotąd twierdzę wojskową. Ale czy jest coś, z czym Kaz Brekker, przestępczy geniusz, największa szumowina w Ketterdamie by sobie nie poradził? Dla niego słowo "niewykonalne" istnieje tylko w teorii. Będzie jednak potrzebował ludzi, którzy dorównują mu umiejętnościami i podejmą się razem z nim skoku. Wkrótce już wie, kogo zwerbuje do swojej misji.
Szóstka kryminalistów razem to istna mieszanka wybuchowa, która ma szansę wykonać zadanie z powodzeniem.
„ O ile wcześniej nie pozabijają się nawzajem.

Rzecz, która już na początku zachwyca i cieszy oko - że wydawnictwo MAG pozostawiło oprawę w oryginale. Jest po prostu cudowna i wyjątkowa, nie mogę się nią nie podzielić.





Jakiś czas temu pisałam, że "Szklany Tron" został czasowo moją ulubioną powieścią nr.1. Nadal nie chcę go zdejmować z tego miejsca, ale nie ma wyjścia - będzie musiał zmieścić się na podium razem z "Szóstką Wron". W tym wypadku jak najbardziej można ocenić książkę po okładce, a najlepiej określa ją jedno słowo - "genialna".
W tej powieści Leigh Bardugo nie zaczaruje Cię słowami czy baśniową historią jak Sarah J. Maas. Oczaruje Cię wieloma innymi rzeczami, i poza świetnie wykreowanym światem zrobi to między innymi za pomocą grupy przestępców, których pokochasz od pierwszych stron. To własnie bohaterowie są tutaj najlepsi.  Uwielbiam ich wszystkich   Może zacznijmy od wymienienia imion członków ekipy, która ma napaść na Lodowy Dwór: Kaz, Inej, Nina, Matthias, Wylan, Jesper.
Zdarzenia opisywane są z punktu widzenia wszystkich bohaterów. O ile w niektórych pozycjach bardzo irytuje mnie ciągła zmiana perspektyw, to tutaj, tego nawet nie odczuwałam, ba - bardzo mi się to podobało, ponieważ pokochałam bohaterów i wręcz umierałam z ciekawości o ich dalsze losy. Co jakiś czas autorka zmieniała ramy czasowe powieści, przenosząc nas w przeszłość, opisując wcześniejsze zmagania bohaterów ze zdarzeniami z dawnego życia, wyjaśniając nam, co doprowadziło ich do obecnej sytuacji.
Każdy z nich jest teraz kryminalistą, w mniejszej lub większej części. Każdy ma specyficzną, wyjątkową historię, ich życiowa droga nie była usłana różami. Każdy pochodzi z innego miejsca, a mimo to wszyscy działają teraz razem. Jednak osobą, która odgrywa tu kluczową rolę, jest najlepszy z najlepszych, czyli Kaz. Nie byłabym sobą, gdybym jego nie upodobała sobie najbardziej. Podły, oschły. Przeszłość odcisnęła na nim swoje piętno, ale trudno byłoby się dziwić - ktoś inny w niejednej sytuacji, w jakiej chłopak się znalazł, od razu by się poddał. Kaz nie boi się śmierci; kieruje nim żądza zemsty na osobie, która niejako wpłynęła na to, jak się potoczyło jego życie i nic nie jest w stanie go powstrzymać. Wydawałoby się, że jeśli chłopak nadal żyje, to musi mieć albo dużo szczęścia, pieniędzy, albo demonicznych mocy. Kaz ma jednak po prostu głowę na karku i bierze od losu to, czego chce.
Zaraz po nim ustawiłabym Ninę - jaka piękna była relacja między nią a Matthiasem! Mogę się założyć, że ta dziewczyna zdobędzie wasze serca samymi swoimi komentarzami kierowanymi do reszty grupy.

  - To niezgodne z naturą, żeby kobiety walczyły.
- To niezgodne z naturą, żeby człowiek był równie głupi, jak wysoki, a jednak proszę, stoisz tutaj.     
„ -Czemu dzielny drüskelle Matthias Helvar nie je mięsa? - zapytała teatralnym głosem. - To smutna historia, moje dziecko. Dokuczliwa grisza przerzedziła mu zęby i teraz może jeść tylko pudding.

(Ewentualnie uznacie, że mam spaczone poczucie humoru.)

Nie będę zbyt rozwodzić się nad stylem pisania Leigh Bardugo - jest bardzo przyjemny - nie bardzo wygórowany, jest w "sam raz" - idealnie pasuje do powieści i nadaje jej klimat, książkę czyta się szybko. Najbardziej plusuje stworzona fabuła. Przy czytaniu stron poprzedzających koniec nie orientowałam się już, czy to ja wariuję, czy to autorka jest nienormalna. Po prostu nie wiedziałam, co się dzieje - co chwila jakiś zwrot akcji. W momentach, kiedy zwątpiłam (tak, byłam głupia) w umiejętności oraz pomysły bohaterów, sytuacja ulegała diametralnej zmianie i wszystko obracało się o 180°. Szumowiny zapewnią wam wartką, dynamiczną i ciekawą akcję, która rozłoży was na łopatki, wbije was w fotel, łóżko, czy różne przedziwne miejsca, w których czytacie i zmusi was do wstrzymania oddechu na dłuższy czas.

Powtórzę się znowu. Tak bardzo chcę czytać dalej, że żałuje, że napisana została tylko duologia (naprawdę nie ma takiego słowa w języku polskim??), ale jednocześnie nie mogę się doczekać, kiedy druga część zostanie wydana w Polsce.

W naszym kraju wieść o serii niesie się bardzo powoli, dlatego powinniście wiedzieć - to nie jest książka, obok której możecie przejść obojętnie. To wspaniała powieść fantastyczna, o specyficznym klimacie, która porwie was już od pierwszych stron. Nie wiem, czy wszystkie słowa tego posta oddadzą to, jak bardzo podobała mi się "Szóstka Wron". Mam wrażenie, że to nie wystarczy - przekonacie się tylko czytając tę książkę, co jest absolutnie konieczne, zarówno w przypadku młodszych, jak i starszych czytelników!

Z tego wszystkiego na pewno wynika tylko jedno. Kiedy tylko skończę czytać wszystkie zaległe książki, zamierzam się wzbogacić o inne pozycje autorstwa Leigh Bardugo.

Jak oceniam?: 10/10



Mieliście okazję już przeczytać "Szóstkę Wron"? Dajcie znać w komentarzach, co o niej sądzicie!

















poniedziałek, 7 listopada 2016

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender - Leslye Walton


Macie takie powieści, w których niekoniecznie bardzo dużo się działo, nie były koniecznie porywające, a które pomimo to zawsze miło się wam kojarzą i wspominacie je z sympatią?
Właśnie tak zapamiętam Osobliwe i Cudowne Przypadki Avy Lavender.

Znalezione obrazy dla zapytania osobliwe i cudowne przypadki avy lavender

Wydawnictwo: SQN (Sine Qua Non)
Tytuł oryginalny: The Strange And Beautiful Sorrows of Ava Lavender

Ava Lavender urodziła się ze skrzydłami. Jak to możliwe? Przecież to nigdy nie powinno mieć miejsca. Cud? Czyżby na na ziemi pojawił się anioł?
Wszyscy zadają sobie takie pytania i dopowiadają własną odpowiedź. Pod szpitalem błyskawicznie ustawia się tłum wiernych ze świecami, aby celebrować to przedziwne zjawisko. A Ava? Ava jest zwykłą dziewczyną. Pomijając fakt, że rodzina od strony jej matki od zawsze była dziwna. Inna niż inni.

"Dla wielu byłam wcieleniem mitu, uosobieniem najwspanialszej legendy i baśni. 
Inni uważali mnie za zmutowanego potwora. 
Ku mojemu nieszczęściu raz zostałam wzięta za anioła.."

Czy chcielibyście mieć skrzydła? Proste, że tak. Ale po co wam skrzydła, które nie unoszą was w górę? Kiedy nie możecie skłonić ich do lotu? Poza tym skrzydła wykluczają Avę ze społeczeństwa, ponieważ jej matka boi się o to, że ono ją odrzuci, dlatego izoluje ją, i jej brata bliźniaka w domu. Dziewczyna radzi sobie jakoś ze swoim życiem - w pewnym momencie jednak pozwala sobie na małe szaleństwo. Pewne sploty wydarzeń sprawiają, że Avę spotyka tragedia...

Powieść Leslye Walton jest lekka niczym piórko. Przeczytałam ją w jeden dzień.
"Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" to nie typowe fantasy, dlatego nie znajdziecie tu jakiejś wielkiej ilości magii - jest jej tylko tyle, by wystarczyło na otoczenie jej aurą rodziny bohaterki. Jest w skrzydłach Avy, w zdolnościach jej babki do "odczytywaniu znaków" oraz w umyśle brata tytułowej bohaterki. I, jeśli ktoś się uprze, może też się jej doszukać w szczególnym powonieniu matki Avy. Jest jeszcze jedna, magiczna rzecz, którą powinniście wiedzieć - tutaj każda emocja pozostawia ślad - osiada w pomieszczeniu, zostaje wchłonięta przez ściany, krąży w powietrzu, przenika do jedzenia i jest wyczuwalna dla innych.

Książka ma formę swego rodzaju biografii rodziny Avy. Przez pewien czas wydawało mi się, że dotyczyła bardziej nie tyle samej dziewczyny, co bardziej jej matki, ponieważ pomimo tego, że o wszystkim opowiada nam Ava, to wątek jej rodzicielki (a przed tym jeszcze babki bohaterki) był poruszany przez większość książki.
Nie wiedzieć czemu, powieść skojarzyła mi się odrobinę z filmem "Nostalgia Anioła". Z tym, że tutaj tematyka jest szersza, nie kręci się wokół tylko do jednego wydarzenia, a całej historii rodziny Avy. Nawiązując do członków tejże właśnie familii, są oni niestety minusem powieści. Sama tytułowa bohaterka mnie nie zachwyciła. Czasami była półprzezroczysta. Tak, jakby powinna być ważna i wiele wnieść do całej powieści, ale jednak nie wniosła nic więcej poza swoimi skrzydłami i zbyt wielką ufnością. Z kolei jej matka, czyli Viviane, na początku wydała mi się po prostu niemądra. Nie wiem, czym się kierowała przy podejmowaniu niektórych decyzji, które były najzwyczajniej w świecie głupie i nieprzemyślane, tak jak na przykład seks z chłopakiem, który właśnie jej oznajmił, że zamierza związać się z inną dziewczyną (Brawo, Vivian. Nawet nie umiem nawet stosownie tego skomentować). Za to najbardziej intrygującą postacią była babka Avy - Emilienne. Miała swój charakter i jej postępowania na ogół były sensowne. Najbardziej podobały mi się fragmenty książki, w których opisywane były losy jej oraz jej rodzeństwa, czyli te na samym początku.

Powieść porusza różne kwestie, choć może na pierwszy rzut oka tego nie widać. Najbardziej wyszczególniona była tematyka fanatyzmu lub wręcz dewocji oraz własnych urojeń, które przedstawiał Nathan Sorrows. To, co stanie się gdzieś w 3/4 książki, pomimo tego, że było dość łatwe do przewidzenia, jest naprawdę tragiczne i poruszające. Zdarzenie to wydało mi się trochę nie na miejscu, biorąc pod uwagę to, jakie wrażenie wywarła na mnie powieść. Określiłam to w ten sposób, ponieważ, samo czytanie jej było lekkie, bardzo niezobowiązujące i przyjemne, pomimo niektórych dramatycznych wydarzeń w niej zawartych.
Leslye Walton zawarła w swojej powieści wiele metafor, nawiązań i innych rzeczy, które mają drugie dno . Autorka opowiada o problemach, jakimi są niezrozumienie, niespełnione uczucie, ale też i o odkrywaniu tej prawdziwej miłości. Pisze o tym, jak ludzie reagują na inność, o trudności z akceptacją niektórych rzeczy, o tym, jak własne urojenia mogą doprowadzić do zniszczenia nas samych, oraz wpłynąć na innych wokół. Dlatego właśnie, pomimo, że bohaterowie nie są tutaj szczególni, to szczególne są dotykające ich problemy i to sprawia, że z książki płynie wiele wartości.

Podsumowując - "Osobliwe i Cudowne Przypadki Avy Lavender" pozostawiają po sobie lekki niedosyt - ale tylko odrobinę. Czujesz, że tak powinno być, że powinny zostawić po sobie taki właśnie ślad. Książka jest prosta, dziwna, ale tajemnicza i delikatna zarazem. Dzięki temu czyta się ją w błyskawicznym tempie i warto jest to zrobić.


Jak oceniam?: 6,5/10