poniedziałek, 31 października 2016

Krąg - Mats Strandberg, Sara B. Elfgren + Halloween!

Dzisiaj czas na post Haloweenowy! Strasznie. Mrocznie. Upiornie wręcz. Czy tylko mi tak podoba się ten dzień? Nieważne, że to pogańskie święto - żałuję, że w Polsce nie obchodzimy go tak, jak w Ameryce! Tracimy taki specyficzny klimat...(i możliwości zdobycia tyle słodyczy..)













A Wy, co sądzicie o Haloween? Jesteście na tak, czy bardziej na nie?
Ja tymczasem wrócę do meritum, czyli dzisiejszej recenzji. Tym razem parę słów na temat czarownic, czyli teoretycznie - tematycznie, co nie znaczy jednak, że musi być pozytywnie. ( ;/ )


Czy mieszkając w dziurze, której nienawidzisz, i którą nazywa się małym miasteczkiem, tylko po to, by nie wydawała się taka zła, umiałabyś wyobrazić sobie, że to miejsce może być wyjątkowe i magiczne? Albo że Ty, będąc zwykłą nastolatką, możesz odkryć, że drzemią w tobie moce? Na dodatek okazuje się, że musisz od tej pory zaakceptować towarzystwo innych dziewczyn, które są dla ciebie całkowicie obce. Jakby tego mało, wszystkie znajdujecie się teraz w niebezpieczeństwie. To chyba nie jest sytuacja z Twoich marzeń.
Sześć dziewczyn z miasteczka w Engelsfors właśnie się w niej znalazło. Wszystko zaczęło się robić dziwne w momencie, kiedy chłopak z ich szkoły został znaleziony martwy w toalecie. Dzień po tym księżyc na niebie stał się krwistoczerwony, a tajemnicza siła przywiodła je wszystkie do parku.
Na miejscu okazało się, że wcale nie zwariowały. Każda z obdarzona jest innym rodzajem magii. Mają tworzyć krąg, aby zapobiec złu. Czy jednak dadzą radę pokonać zło, skoro nie umieją poradzić sobie same ze swoimi problemami?




Wydawnictwo: Czarna Owca
Cykl: Engelsfors

Mam mieszane uczucia co do książki, którą właśnie przeczytałam. Nawet bardzo. I to w wielu kwestiach. Wcześniej słyszałam dużo dobrych opinii i ze względu na całą otoczkę szumu, który powstał zaraz po wydaniu "Kręgu" oczekiwałam czegoś dobrego. Dlatego zdziwiłam już się na samym początku czytania. Mimo, że autorzy chcieli zacząć mocnym akcentem z Eliasem w roli głównej, to tak na dobrą sprawę coś interesującego zaczyna się dziać dopiero gdzieś pomiędzy 150 a 200 stroną.

Ze smutkiem przyznaję, że przez całą długość książki walczyłam ze sobą, żeby jej najzwyczajniej w świecie nie odłożyć na półkę. Było to spowodowane właśnie małym zagęszczeniem akcji, która była nieadekwatna do ilości stron (naprawdę). Drugą rzeczą zaraz po tym był styl pisania Elfgren i Strandberga, który mi najzwyczajniej w świecie nie pasował.
Bardzo irytującą rzeczą było zmienianie perspektywy w bardzo krótkich odstępach. Jest wiele osób, którym książka wydaje się przez to ciekawsza, ja jednak należę do tych, które to drażni. Dodatkowo nie umiałam się wyłączyć podczas czytania. Nie mam na myśli nawet tego, że nie wciągnęła mnie akcja, bo pomimo, że jak wspomniałam - było monotonnie, to później intrygowało mnie, co będzie dalej. A mimo to byłam boleśnie świadoma każdej upływającej godziny czytania. Skłaniam się do zrzucenia winy na użycie czasu teraźniejszego w opisywaniu zdarzeń przez całe 570 stron (być może krytyka za to zjawisko jest nieetyczna, ale nic nie poradzę na to, że nie wciągnęło mnie to bardziej).

Wydało mi się, że "Krąg" porusza w większym stopniu problemy nastolatków, aniżeli opowiada o ich zmaganiach z magią. Bo chociaż teoretycznie wszystko miało się kręcić wokół niej, to opis żyć dziewczyn, ich kłopoty, zmagania, kompleksy i emocje dosłownie do mnie krzyczały. A było tego naprawdę sporo, biorąc pod uwagę ilość bohaterek. Spotykamy się tutaj z zaburzeniami odżywiania, problemami w relacjach z rodziną, rozterkami miłosnymi, mobbingiem, a przede wszystkim z trudnością z dopasowaniem się do społeczeństwa, co jest bardzo istotne dla każdego człowieka, choć dla nastolatka jest to chyba najcięższe. Do bohaterek, czyli Minoo, Linnei, Anny-Karin, Vanessy i Rebecki da się przyzwyczaić, chociaż żadna z nich nie zdobyła mojego serca. To fakt, że każda jest inna, krąg składał się ze swoistego mash-up'u, tworzyły go zupełnie różne osobowości.
Do nich również miałam mieszane uczucia - na początku stwierdziłam, że lubię Annę-Karin, potem jednak wydała mi się strasznie irytująca. Wcześniej miałam takie odczucia co do Minoo, ale na końcu nieco zmieniłam opinię na jej temat. Mogę jednak zdecydowanie powiedzieć, że raczej nie znajdziecie tutaj bohaterów, którzy zostawiliby dłuższy ślad w waszej pamięci.

Strandberg i Elfgren radzą sobie dobrze w budowaniu napiętej atmosfery i z przysłowiowym wpuszczaniem nas w maliny, przez wiele zwrotów akcji i ślepych zaułków (między innymi w sprawie mordercy). Poza tym tworzą zgrany duet - gdybym nie wiedziała, że "Krąg" został napisany przed dwie osoby, nigdy bym nie zgadła, że tak było, jednak praca niekoniecznie poskutkowała dobrym dziełem . Jak dla mnie  pozytywów w stosunku do tego, co mi się nie podobało w książce jest zbyt mało, bym sięgnęła po następną część. Dlatego zalecam rozważenie przed kupieniem "Kręgu" - nie wszystkim przypadnie on do gustu.

Jak oceniam?: 4/10

Dajcie znać, jakie są wasze odczucia co do tej pozycji!

niedziela, 30 października 2016

Targi Książki w Krakowie 2016! (stos #2)

29 października (wczoraj) odwiedziłam po raz pierwszy Targi Książki w Krakowie i zdecydowanie było warto! Naprawdę specyficzny, magiczny, a przede wszystkim książkowy klimat. Mnóstwo sympatycznych ludzi, do tego w tak urokliwym miejscu jak Kraków, czyli później warto wybrać się na miasto.
Zadanie poszukiwania pozycji, które chciałam zdobyć, utrudniały jedynie dzikie tłumy. Nie, żeby to było wadą, że tylu Polaków czyta! Ale hala Expo wydawała się wręcz za mała w stosunku do tego natłoku ludzi, którzy się zjawili. Ciężko było się przebić, szczególnie z wszystkimi zakupionymi tomiskami  (bawełniana torba to zbyt mało, stwierdziłyśmy z koleżanką, że następnym razem powinnyśmy zabrać walizki z przeznaczeniem na umieszczenie w nich książek). Było tak tłoczno, że nawet nie chcę myśleć, jak to wyglądało w późniejszych godzinach, kiedy już wyszłam!
Podsumowując - i tak wróciłam szczęśliwa, z bolącą ręką, cieńszym portfelem, ale bogatsza o nowe pozycje.

Na najbliższych Targach, czyli tych w maju, które odbędą się w Warszawie również mam zamiar (i nadzieję) się pojawić.

Oto, co upolowałam tym razem:


W sumie 12 (połowa to kontynuacje serii, połowa to pierwsze części cykli), choć miałam ochotę kupić znacznie więcej. Byłam zawiedziona, że stoisko brytyjskich wydawnictw było tak małe i przybyło z małym asortymentem - nie mieli książki "Replica" Lauren Oliver, którą bardzo chciałam mieć :/

Byliście na Targach? Jakie są wasze wrażenia? A może wybieracie się w przyszłym roku? ;)

środa, 19 października 2016

Szklany Tron - Sarah J. Maas



Wydawnictwo: Uroboros

Sarah J. Maas wyznała, że pisanie Szklanego Tronu trwało 10 lat.
Nie wiem, czemu zajęło jej to tyle czasu, jednak mogę szczerze powiedzieć, że na tę pozycję warto byłoby czekać nawet dłużej. Jest ona z rodzaju tych, przy których po przeczytaniu 30 stron wiesz już, że chcesz mieć kolejną część, a dalsze kartki umacniają Cię jeszcze bardziej w tym przekonaniu. Jej czar jest tym bardziej zaskakujący, że jest to debiutancka powieść autorki.
Dlatego jeśli planujecie zabrać się za tę lekturę, proponuję to zrobić w czasie, kiedy nie będziecie mieć żadnych naglących terminów, bo mogę was zapewnić, że nie zrobicie nic z tego, co chcieliście zrobić - będziecie tylko czytać, czytać i czytać.

Celaena Sardothien jest profesjonalną zabójczynią, wykonującą swoją pracę na zlecenie. Dziewczyna należy do najlepszych, jednak i takim czasem zdarzają się błędy - pewnego razu zostaje zdradzona, co doprowadza do tego, że jest aresztowana i skazana na niewolniczą pracę w kopalni soli, gdzie wytrzymanie dłuższego czasu graniczy z cudem. Po roku pojawia się jednak okazja, która może doprowadzić ją do wolności.  Celaena może zostać Obrończynią Króla Adarlanu, co tak naprawdę znaczy, że będzie zabijać osoby, które w jakiś sposób mu się nie przypodobają. Mimo jej niechęci do władcy, dziewczyna godzi się na tą ofertę, ponieważ kiedy wygaśnie łącząca ją z nim umowa, Celaena będzie w końcu wolna. Jest tylko jedna rzecz, stojąca jej na przeszkodzie - aby uzyskać tytuł królewskiej obrończyni, musi ona wziąć udział w konkursie, w którym udział będą brali równie niebezpieczni jak ona kryminaliści. Czy dziewczyna okaże się lepsza od nich? Kiedy wydaje się, że sytuacja już jest złożona, okazuje się, że przeciwnicy muszą się obawiać nie tylko siebie nawzajem, ale i kogoś lub czegoś więcej, bowiem ktoś lub coś zaczyna eliminować ich jeden po drugim.

Podczas czytania książki, szczególnie przy scenach, gdzie występował Dorian, co jakiś czas wyrywało mi się "wow". Podobały mi się wprowadzone wątki i wartka akcja. Przede wszystkim jednak jestem zaskoczona lekkością pióra Maas. Wykreowała ona swój fantastyczny świat, nieco przypominający nasze średniowiecze, w niesamowicie łatwo przyswajalny sposób, brak tu jakichkolwiek ciężkich opisów czy archaizmów. Pod względem wykreowania nie ustępują temu również bohaterowie Szklanego Tronu.

Sama Celaena mnie oczarowała. Dla niektórych może być ona nawet zbyt idealna - inteligentna, piekielnie sprytna i potrafiąca wyjść z każdej sytuacji, a także irytująca dokładnie w momentach, kiedy powinna taka być. Podobało mi się to, że stale analizowała sytuacje, w jakich się znajdywała i obmyślała plan rozegrania ich lub wyjścia z nich, nawet, jeśli nie były to bardzo znaczące momenty. Nie była typową damsel in distress, miała swój charakter, a przy tym nadal była w niej ta wyjątkowość typowa dla bohaterek baśni czy bajek (Sarah J. Maas przyznała, że pomysł na książkę przyszedł jej inspirowany przez Kopciuszka - postanowiła odrobinę zmodyfikować główną bohaterkę). Ze jej strony zawiodło mnie jedynie to, że nie wydaje się odwzajemniać uczuć Doriana, którego jestem zwolenniczką*, pomimo jego wad. Co prawda nie mam nic do zarzucenia Chaolowi, ponieważ jest to kreacja postaci porywającej za serce. Uważam jednak, że opcja Celaena + Dorian pasuje lepiej.  Niestety, jak już wyczytałam w zapowiedziach kolejnych części (zepsułam sobie wszystko) w życiu dziewczyny pojawi się jeszcze inny mężczyzna. Straszna szkoda, ale nie tracę nadziei - a nóż okaże się on jeszcze lepszy, niż obaj wcześniej wymienieni, albo wszystko rozegra się tak, że wątki powrócą do obecnego porządku?
By nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość, muszę przyznać, że całe grono bohaterów Szklanego Tronu obfituje w różności. Jest tu zły do szpiku kości król, który podbija coraz to większe terytoria i ciemięży ich ludność. Całkowite przeciwieństwo - jego syn, Dorian. Jest tu kapitan Gwardii Królewskiej, lojalny i o sercu przepełnionym uczciwością, Chaol. Jest księżniczka niszczonej przez króla krainy, oficjalnie przebywająca na dworze wroga po to, by poprawić stosunki ich krajów,  jednak prawdziwym powód dalece odbiega od tego formalnego. Są zazdrosne i wdzięczące się do księcia damy dworu, i jest wiele krnąbrnych charakterów, które źle życzą głównej bohaterce (choć trudno żądać, by płatna zabójczyni cieszyła się respektem i dobrą opinią). I jest sama Celaena. Wszystkie te postaci składają się na mnóstwo skomplikowanych sytuacji i całą masę intryg, dzięki którym Szklany Tron jest tak atrakcyjny.

Nie będę i nie chcę doszukiwać się przysłowiowej dziury w całym. Książka jest moim zdaniem fenomenalna i zakładam, że przez jakiś czas nic nie będzie mogło z nią konkurować o moją ulubioną pozycję.


Jak oceniam?: 10/10


*Muszę przyznać, że mam słabość do książąt.




piątek, 14 października 2016

Więzień labiryntu - James Dashner


Więzień Labiryntu stosunkowo szybko zyskał rozgłos i sławę. Trochę czasu niestety zajęło mi zabranie się za tę pozycję, ale w końcu postanowiłam to nadrobić. O czym jest książka? - tytuł mówi sam za siebie. James Dashner jest przykładem osoby, która umiejętnie umie wykorzystać coś, co wydaje się tak oczywiste. Tematyka labiryntu istnieje przecież praktycznie od zawsze.
Sama lektura kojarzy się z Igrzyskami Śmierci i Niezgodną, o czym informuje tylna okładka (ustawia je obok siebie), choć nie umiem wyjaśnić czemu, mi osobiście bardziej z tą pierwszą pozycją.
Jeśli już wspominać o tej tylnej okładce, to ujawnia ona bardzo wiele - tak szczerze mówiąc, to streszcza nam pół książki. Nie uważam tego jednak za jakiś defekt - przynajmniej wiecie, na co się piszecie, kupując ją.



Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Czytając Więźnia Labiryntu dowiedziałam się 3 rzeczy:

  1. Chyba lubię Jamesa Dashnera (tak dokładniej jego książki)
  2.  James Dashner wie, jak pisać, aby czytelnik dosłownie nie mógł oderwać się od lektury
  3.  James Dashner to straszny pożeracz czasu.


Autor od razu rzuca nas i Thomasa na głęboką wodę. Chłopiec budzi się w windzie. Nie ma wspomnień - pamięta tylko swoje imię. Kiedy wreszcie może z niej wyjść, okazuje się, że znalazł się w Strefie, miejscu, które otoczone jest murami, tworzącymi Labirynt. Jest to jedyne miejsce , które można nazwać bezpiecznym - w Labiryncie czai się  niebezpieczeństwo. Jedynymi mieszkańcami Strefy są nastoletni chłopcy. Nikt nie wie, czemu się tam znaleźli. Nikt nie wie jak można wyjść z Labiryntu. Nie wiadomo nawet, czy istnieje jakieś wyjście, a jeśli nawet, to jaką trzeba zapłacić cenę, aby je znaleźć?

James Dashner nie pisze górnolotnie. I dobrze. Jest w jego pisaniu coś, co odciąga Cię od zwyczajnych czynności  na długie godziny. Które oczywiście wcale nie wydają się takie, bo jesteś totalnie wciągnięty w świat Thomasa i reszty bohaterów. Jeśli już o nich mowa, to najbardziej polubiłam Minho. Coś w sobie miała ta postać. O głównym bohaterze też nie da się raczej powiedzieć nic złego - Thomas był w porządku. Postacie w książce były różnorodne i naprawdę ciężko byłoby znaleźć dwie podobne do siebie, za co James Dashner zasługuje na ogromną pochwałę.

Jeżeli chodzi o proporcje między opisami a dialogami, to więcej jest tych pierwszych, ale nie jest to tutaj absolutnie żaden powód do narzekań - równowaga w naturze jest zachowana, a taka książka wymaga obszerniejszej deskrypcji.

Czas (tylko odrobinę) ponarzekać.
Osobiście nie podobał mi się slang, lub nawet nie wiem jakie określenie byłoby odpowiednie, używany przez chłopców ze Strefy. Brzmiał tak... grubiańsko. Po prostu brzydko. Choć możliwe, że to sprawa mężczyzn, a mi jako kobiecie to wadzi, więc nie mi to oceniać. Jest jeszcze opcja, że w języku angielskim brzmiało to przyjemniej, a w polskim już nie bardzo, co nie jest szczególnie pocieszające. Usprawiedliwiam to jednak, bo może było to potrzebne, aby bardziej uwiarygodnić chłopców.
Jeszcze jedna rzecz, która rzuca się w oczy, to że zabrakło bardziej szczegółowego opisu na przykład takiego zdarzenia jak dosyć ważny moment przechodzenia przez Thomasa Przemiany i tego, co podczas niej widział. Co prawda bohater wyjaśnia to później, ale mimo to odczułam w tym fragmencie książki coś w rodzaju luki.

Jak oceniam? : 8/10


Tak przy okazji, od początku przeczuwałam, że Thomas naprawdę znajdzie sposób.
I, uwaga, SPOILER!




Zrobił to. (I nadal żyje)


Więzień Labiryntu to dobra lektura, zarówno dla młodszych, jak i starszych czytelników. Na pewno sięgnę po Próby Ognia i Lek na Śmierć. Po tym, jak Dashner zakończył tom pierwszy, po prostu nie sposób tego nie zrobić. Jestem strasznie ciekawa, jak to wszystko się dalej potoczy.

Na pewno też warto porównać film z książką! Słyszałam, że jest on znacznie słabiej wykonany i w porównaniu z nią to totalne fiasko, ale mam nadzieję się niedługo o tym przekonać.

A może wy już oglądaliście już Więźnia Labiryntu?! Jakie jest wasze zdanie?


wtorek, 11 października 2016

Beta - Rachel Cohn


Wydawnictwo: Czarna Owca
Cykl: Annex

Dominium to rajska wyspa,  która mogłaby być wyobrażeniem idealnego miejsca na ziemi. Bo wszystko tutaj takie jest - stworzone po to, by przynosić przyjemność człowiekowi i nie zmuszać go do wysiłku, a wręcz go od niego uwolnić. By złożyć jeszcze większy hołd naszej próżności, na wyspie produkowane są klony, które mają służyć jej mieszkańcom. Jednym z nich jest Elizja - pod pewnym względem wyjątkowa. Dziewczyna jest klonem nastolatki, a wcześniej modele tego typu były raczej wadliwe. Elizja jest perfekcyjna zarówno jeśli chodzi o jej wygląd, jak i zachowanie.
To wszystko jednak do czasu. Przecież nastolatki zawsze były wadliwe. A ile można wytrzymać, będąc obojętnym i musząc spełniać każdą zachciankę człowieka? Elizja obudzi w sobie emocje.

Na samym początku zaczęło mi towarzyszyć poczucie dziwności.
(trochę musiałam przymuszać się do czytania)
Przyznam jednak, że w końcu zrobiło się ciekawie i autorka trochę rozkręciła akcję.
(już nie musiałam się przymuszać, ale nadal było dziwnie)
Pomimo to jednak Beta jest bardzo prostą książką - powiem prosto z mostu - bez szału. Język jest prosty, schemat znów jest prosty (jest sobie świat, świat prawdopodobnie w przyszłości, technologia jest szalenie rozwinięta, społeczeństwo podzielone - na tych lepszych i tych gorszych, wśród których są klony, które tworzone są po to, aby zapewnić ludziom wygodę i spełniać ich zachcianki). Być może tematyka klonów nie jest powielana często, jednak ta tutaj mnie nie zaciekawiła.

Odniosłam wrażenie, że autorka pisała sobie tak - o! Brakowało mi dynamicznej akcji, zdarzenia wydawały się po prostu byle jak pozlepiane w kawałki. Do gustu nie przypadli mi też bohaterzy. No dobrze, Elizja niech sobie będzie klonem, ale nawet, kiedy już odkryła, że jest defektem, to nadal była jakaś taka obojętna. Niby zakochana w Tahirze, żądna zemsty, ale zero w tym emocji. Zabija człowieka - i tutaj stara się go opłakiwać (co było bez sensu, bo był draniem), ale nie trwa to zbyt długo. Przed tym, kiedy on ją skrzywdził (bez spoilerowania) ruszyło ją to co najwyżej trochę. Czy to nie jest dziwne? Główna bohaterka jest bezbarwna. Spodobało mi się jednak jej imię.*
I tak... Tahir. Na pierwszy rzut oka wielka miłość. Jednak podczas czytania miałam ochotę zwyczajnie załamać ręce - chyba nie powinna być ona jednostronna? Elizję cały czas do niego przyciąga, ale on pozostaje obojętny, a w końcu, kiedy i on się przełamuje, to nadal wygląda to niesamowicie sztucznie i dziwnie. I nadal właściwie nie robi nic. W ogóle ich "miłość" była pozbawiona składu i ładu - po prostu bez sensu. Bardziej już skłaniałabym się ku połączeniu Elizji i Alexandra. Poza tym zdziwił mnie napis na okładce, mówiący o miłości klona i człowieka. Strzelam, że nie chodzi o Alexa, tylko o Tahira (który tak btw. okazuje się nie być do końca człowiekiem, co było bardzo przewidywalne).
Polubiłam sam opis Tahira - i nic poza tym.

Może i nadużywam w tym poście przymiotnika "dziwny", ale taka wydała mi się Beta. Po prostu nie przypasowała mi ta książka, mimo, że momentami autorce udawało się wzbudzić moją ciekawość.

Ciężko wyodrębnić zalety tej książki, bo jest ich.. niestety niedużo.
Spodobała mi się kreacja wyspy Dominium - bardzo barwna i fantazyjna. Tak jak napisałam wcześniej - ideał wyobrażenia najlepszego miejsca na ziemi. Oczywiście poza tymi bardzo denerwującymi ludźmi z połową mózgu zamiast mózgu.
Plusem jest również tutaj zdecydowanie zakończenie - przynajmniej to było intrygujące (choć nadal trochę dziwne), ale nadal nie umiem zdecydować jeszcze, czy sięgnę po następną część. Być może. Nie ruszyła mnie tematyka książki, na szczęście jednak nie była to jedna z tych, których nie możesz przebrnąć. Dlatego daję 4 - coś miała w sobie, co pociągnęło mnie aż do końca.
Zakończę tym, że Beta na pewno nie zwali Cię z nóg - przeczytaj, jeśli chcesz wzbogacić swój książkowy arsenał, ale nie poszukujesz czegoś poruszającego.


Jak oceniam?: 3/10


*Z cyklu ja i moja powierzchowność w niektórych kwestiach ;')

środa, 5 października 2016

Zemsta Czarownicy - Joseph Delaney, cykl Kroniki Wardstone


Wydawnictwo: Jaguar

Thomas Ward jest siódmym synem siódmego syna - a to oznacza, że jest kimś wyjątkowym (i nie chodzi tu o nagromadzenie liczebników przy jego imieniu). Ma umiejętności kwalifikującego go na zostanie uczniem stracharza (człowiek chroniący ludzi przed złymi istotami). Na pewno nie będzie to łatwe zadanie, poza tym Tom boi się życia w samotności, na jakie skazany jest stracharz. W ogóle jego życie związane jest nieodłącznie ze strachem, ciężkimi wyborami i mrokiem. Czy chłopak podoła nowej roli? Czy rzeczywiście jest do tego odpowiedni? I czy uda mu się podołać oczekiwaniom matki, która pokłada w nim wielkie nadzieje?*


Istnieją książki, których akcję, kiedy czytasz, masz dosłownie przed oczami - mówię o czymś więcej niż zazwyczaj podczas czytania - zupełnie, jakbyś oglądał film. Właśnie takie odczucie, jakbym miała przed sobą szklany ekran i obserwowała, towarzyszyło mi podczas czytania Zemsty Czarownicy.

Nie wiem, co jest tego przyczyną, ale spodobało mi się to, dlatego mam przyjemne wrażenie po przeczytaniu tej książki.
Pisana jest bardzo prostym językiem. Zaklasyfikowałabym ją jednak, pomimo to do miana dobrego fantasy - ma w sobie wszystko, co można do tego zaliczyć. Jeśli chodzi o wykreowany świat, to w sumie nie ma w nim nic nowego, ale w czasach, kiedy już prawie wszystko napisano i wymyślono, ciężko zarzucić autorowi nieoryginalność. Podczas lektury tej książki to po prostu nie przeszkadza.
Pochwalę jeszcze umiejętną zdolność budowania napięcia i grozy Delaneya - pomimo, że przeszłam przez Zemstę Czarownicy tak szybko, to muszę przyznać, że są tu momenty, przez które można, oprócz do fantasy, podpiąć ją do miana horroru.
No, lepiej zastosujcie się do napisu na tylnej okładce, który mówi, by nie czytać po zmroku.

Nie ma jednak nic idealnego - chyba czas na wytknięcie wad autorowi.

Po pierwsze, główny bohater to trochę niemowa - przez co w książce jest stosunkowo mało dialogów. Niby to nie przeszkadza zbytnio, ale jednak w książce, która ma niewiele (bo 270 stron) bardzo łatwo to zauważyć.
Po trzecie - szkoda, że Delaney nie wykreował bardziej wyrazistych bohaterów. Może zmienia się to w następnych częściach, ale jak na razie to wydali mi się oni tacy.. dość neutralni. Mam nadzieję, że (w szczególności) postać Stracharza zostanie później doszlifowana. Najbardziej podobała mi się postać Alice - powinno być jeszcze więcej jej wątku.
Po czwarte - czuję niedosyt spowodowany zbyt krótką długością.

Co by tu nie zarzucić - i tak zamierzam zainwestować w kolejną część (a w sumie jest ich 13 <obstawiam, że liczba nieprzypadkowa>). Oczywiście, jak już skończę czytać wszystkie książki, które wołają do mnie z półki i spodziewam się, że zajmie to trochę czasu. Delaney nie zakończył pierwszej części jakoś dramatycznie, więc przynajmniej nie czuję tej palącej potrzeby (tak jak to jest w przypadku tych dramatycznych zakończeń).


Polecam wszystkim miłośnikom fantasy i dreszczyku. Nie pożałujecie.



Jak oceniam? : 7/10

*Aż samo się prosi o odpowiedź, ale przecież spoilerowanie jest grzechem :/


poniedziałek, 3 października 2016

Stos #1

Oto pozycje, które ostatnio upolowałam :





Tyle dobra na mnie czeka, a tak mało czasu, by się do tego wszystkiego zabrać - doba powinna mieć zdecydowanie więcej niż 24 godziny. Najchętniej zaczęłabym już teraz któreś z nich, niestety trzeba jeszcze przeczytać Przedwiośnie..;-;... Coś mi się jednak wydaje, że pokusa będzie zbyt wielka (albo moja silna wola zbyt słaba).


Poziomo (od dołu) :

1. Złodziejska Magia - Trudi Canavan (po Gildii Magów mam nadzieję, że to też będzie równie dobre)
2. Opposition - Jennifer L. Armentrout
3. Dziedzictwo Mroku - Bree Despain (które tak właściwie już miałam okazję czytać, ale było to tak dawno temu, że zostało wymazana z mojej pamięci i zbyt wiele nie mogę powiedzieć na jego temat)
4. Więzień labiryntu - James Dashner (po czym wypada obejrzeć film i też coś o nim naskrobać)
5. Fobos - Victor Dixen
6. Zemsta Czarownicy - Joseph Delaney
7. Szóstka Wron - Leigh Bardugo (tyle osób ją chwali, że nie mogę się doczekać, aby ją zacząć! Ale jeszcze trochę sobie poczeka, nie można mieć wszystkiego od razu)

Pionowo (od lewej):

8. Las zębów i rąk - Carrie Ryan (z nią też miałam już styczność, czas odświeżyć pamięć)
9. Angelfall - Opowieść Penryn o końcu świata - Susan Ee
10. Szklany tron - Sarah J. Maas
11. Królestwo Tearlingu - Erika Johansen (piękna okładka)
12. Krąg - Mats Strandenberg, Sara B. Elfgren

niedziela, 2 października 2016

Ocean na końcu drogi - Neil Gaiman


Nadszedł czas na książkę, którą można zaliczyć trochę bardziej do klasycznych niż te, które były przeze mnie recenzowane wcześniej - nie pod względem jej wieku, ale biorąc pod uwagę nawet samego autora i to, że płynie z niej znacznie więcej refleksji.



Wydawnictwo: MAG

Bohaterem jest mężczyzna, mający swoje ułożone (może nie do końca) życie, który przybywa do miejsca, w którym wychowywał się przez parę lat, na pogrzeb. Poza tym celem jego wizyty jest jeszcze coś, co każe mu odwiedzić posesję, gdzie znajdował się niegdyś jego dom i farmę na końcu drogi, gdzie mieszkały 3 kobiety, z którą wiązały się mgliste wspomnienia. I to właśnie tam wszystkie wracają (wspomnienia, nie kobiety), nawet te - a może szczególnie - magiczne, których bohater nie pamięta poza granicami farmy. "Wszystko zaczęło się czterdzieści lat temu, kiedy lokator, wynajmujący pokój u jego rodziców, ukradł im samochód i popełnił w nim samobójstwo, budząc tym czynem pradawne moce, które lepiej byłoby zostawić w spokoju."* W tym momencie rozpoczyna się fantastyczny wątek powieści, w którą dużą rolę odgrywają 3 panie Hempstock, których dom znajdował się na końcu drogi, za którym znajdował się ocean wielkości kaczego stawu.


Zabrałam się za ocenę tej książki tak naprawdę do końca nie wiedząc, co mam napisać.

Powieść nie ma wielu stron i pochłonęłam ją w jeden wieczór. Nie, żeby powodem tego była lekkość pióra pana Gaimana, bo jego styl pisania jest.. dojrzały, czasem wyrafinowany. Mimo, że narracja jest tutaj z punktu widzenia dziecka. I własnie przez to nie wiem, czy jestem i czy będę w stanie dobrze zrozumieć Gaimana.

Na tylnej okładce możemy znaleźć pewne zdanie, które moim zdaniem w pełni oddaje wymowę książki i ją opisuje:"To baśń (...) czysta jak sen, delikatna jak skrzydełko motyla, niebezpieczna jak klinga w ciemności"*.

To właśnie odczułam po przeczytaniu Oceanu na końcu drogi. W pewnym sensie książka opowiada o ulotności dzieciństwa, jeśli pominąć resztę wątków, i tak czuję się w stosunku do niej - jakby zaraz miała zatrzeć się w moim umyśle niczym wspomnienie. Chyba taki wpływ wywiera ta książka na czytelniku. Albo po prostu świadomie się przystosowujemy, bo nie można wiedzieć wszystkiego.

"Coś przez moment poruszyło się w moim umyśle, tak mocno, że wydało mi się rzeczywiste, teraz jednak odeszło i odpłynęło w ciemność, niczym zapomniane wspomnienie bądź cień o zmierzchu"**


Powieść przez całą swoją ciągłość roztacza aurę tajemniczości i nawet na końcu nie wiemy wszystkiego - nawet w kwestii pań Hempstock, ponieważ nadal nie mamy pojęcia, kim naprawdę one są. Jest także wiele niejasności. Mam jednak wrażenie, że to celowy zabieg pana Gaimana, użyty albo w celu zbudowania takowej aury, albo po to, by nie ufantastyczniać* nazbyt książki. Udowadnia on już swój geniusz w samym tym, że potrafił tak przekształcić ludzi i miejsca ze swoich wspomnień i że udało mu się dotrzeć do przeszłości, by to zrobić. Zawarł on tutaj zarówno elementy świata realnego i jego problemy - ciężkie dzieciństwo, konflikty małżeńskie i pomiędzy rodzeństwem, lęki dzieciństwa (w pewnym momencie jednak również odwaga i próba poświęcenia), jak i magię, fantastykę i momenty grozy, lęku przed nimi.

Tak, więc jeśli miałabym dodać jakieś własne epitety do cytatu, którego użyłam wcześniej, to powiedziałabym, że Ocean na końcu drogi jest tajemniczy i magiczny.

Na tym zakończę - długość opinii chyba powinna być adekwatna do długości powieści, która jak dla mnie skończyła się zbyt szybko. Myśląc nad oceną, uwzględniałam również to, że jednak tak wiele wątków nie zostało rozwinięte (chciałabym więcej Lettie - tyle mogę napisać, żeby nie spoilerować). Wydaje mi się, że warto poszerzyć swoją biblioteczkę o tę pozycję, żeby choć na chwilę wyruszyć z Neil'em Gaimanem w podróż do jego dzieciństwa i spojrzeć na świat oczami siedmiolatka,




Jak oceniam?: 7/10


*Ocean na końcu drogi, Neil Gaiman, Wydawnictwo MAG, 2013

**Tamże, s.212
***Według pokręconego, dziwnego i zupełnie nielogicznego prywatnego słownika

sobota, 1 października 2016

Obsydian - Jennifer L. Armentrout, Seria Lux



Seksowny. Tajemniczy. Apodyktyczny. Nieprzystępny.

Czy to Grey ? (zabijcie mnie ;-;)

Nieeeee...

To Daemon, Daemon Black.



Wydawnictwo: Filia
W cyklu ukazały się: Obsydian, Onyks, Opal, Origin, Opposition 


Katy Swartz (niestety trochę denerwujące nazwisko, kojarzy się ze Swan, a Lux bywa już i tak często przyrównywana do Zmierzchu)* przeprowadza się ze swoją mamą z Florydy do małego miasteczka w Wirginii. Katy nie cieszy perspektywa zmiany poprzedniego miejsca na właśnie takie, jednak stara się to zaakceptować ze względu na mamę, która chce zacząć nowy rozdział w życiu. Ku zdumieniu Kat ich sąsiadami okazuje się oszałamiające rodzeństwo, Dee i Daemon. Nie trzeba chyba mówić, co jest dalej. Dzieją się różne rzeczy - na początku jest naprawdę stereotypowo. No dobra, może i nawet kiczowato,ale później nieco ulega to zmianie, bo kluczowymi istotami w książce nie są ani wampiry, ani wilkołaki, nie upadłe anioły, tylko Luksjanie i Arumianie - istoty światła i cienia.


Będę bardzo powierzchowna i na początek znów ocenię okładkę (nic mnie nie obchodzi to, że nie wypada). Ogólnie była ładna, ale rodem wyjęta z typowego romansidła (a dziewczyna, którą widać w pełni na okładce Onyksu wygląda jak Karyna...(wybaczcie kolokwializm). Kiedy to zobaczyłam, miałam ochotę płakać. Zamysł okładek w tym stylu w sumie zakrawa trochę na ironię, bo Katy jako bloggerka i książkowy nerd nawet miała w posiadaniu taką pozycję, gdzie na okładce główną rolę pełnił sześciopak jakiegoś mięśniaka (i chyba ktoś stwierdził, że fajnym pomysłem będzie wzorować się na tej treści - serio, zerknijcie na okładkę Originu, może nie widać dużo, ale jednak).
Rzecz, która podobała mi się najbardziej, to grzbiety. Są naprawdę ładne!

Opis książki jest najzwyczajniej w świecie banalny i wygląda, jakby była ona o tematyce, która już dawno została dość wyczerpana, co może niektórych zniechęcić. Seria Lux cieszy się jednak zarówno dobrymi, jak i złymi opiniami (chociaż z tego, co zauważyłam, to przeważają te dobre). Muszę przyznać, że mimo, że mnie nie rzuciła na kolana i nie zmusiła do głębszych refleksji, to jest bardzo dobra. Zorientowałam się, że zdążyłam przeczytać pierwszą i drugą część, dopiero, kiedy byłam na ostatniej stronie Onyksu i uświadomiłam sobie, że czas wyruszyć na polowanie i kupić resztę. Nie wiem, czy to zasługa umiejętnego pisania autorki, czy tego, że w głównej mierze, poza wątkiem konfliktu świecących i cienistych, seria opiera się na związku Kat i Daemona (no, może tak troszeczkę zaspoilerowałam tym zdaniem osobom, które przymierzają się do czytania pierwszej części, wybaczcie...), co często usprawnia czytanie - pomimo, że czasami może być nieco denerwujące (jeśli zabierzecie się za czytanie, to zrozumiecie, co jest problemem - choćby to całe "kotkowanie", które dodam, ciągnie się przez wszystkie części).  Armentrout przesadziła niestety trochę z tym słodzeniem.
Można powiedzieć, że to po prostu typowy romans paranormalny.
Co do jego uczestników, to Daemon jest taki... cóż, taki, jak wcześniej opisałam. To ideał (na początku może nie do końca), który jest ucieleśnieniem marzeń każdej kobiety (niezaprzeczalnie).
Katy jest całkiem w porządku, to znaczy, przynajmniej stara się mieć swoje zdanie i być użyteczna. Po dłuższym zastanowieniu mogę chyba napisać, że nie było tu postaci, która by mnie denerwowała - co jest naprawdę bardzo rzadkie i nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej, ale ostatecznie stwierdzam, że chyba jednak lepiej.
Plusem jest też to, że autorka starała się tworzyć zabawne postaci, więc nie ma zbyt sztywnej czy nudnej atmosfery.

Zostało mi do przeczytania jedynie Opposition, ale ja już po prostu to wiem, że dla głównych bohaterów będzie happy end (i bardzo dobrze). Takie rzeczy da się czasem wyczuć (poza tym to nie trylogia*...), dlatego nie czuję się szczególnie trzymana w napięciu, pomimo zakończenia czwartej części, które teoretycznie powinno coś takiego spowodować.

Jeśli ktoś szuka czegoś lekkiego i przyjemnego, to Lux jest idealne. To taka książka, która na chwilę oderwie Cię od rzeczywistości. Tak jak napisałam wyżej - nie zmusiła mnie do dziwnych rzeczy i czczenia autorki - ale dobrze zabiła czas. Strony po prostu same się czytają, a kiedy ty nagle się otrząśniesz i podniesiesz wzrok na zegar, to zobaczysz, że minęło już parę godzin.

 (Co się stało z moim życiem i kto mi ukradł pół dnia?!)




Jak oceniam?: 6,5/10***

*Wybaczcie mi proszę moją tendencję do nadużywania komentarzy w nawiasach.
**Trylogie są bardzo często kończą się źle! 
***Żeby nie przesadzać z tymi wysokimi ocenami.