sobota, 18 lutego 2017

Z mgły zrodzony - Brandon Sanderson

Brandon Sanderson zasłynął powieścią "Droga Królów" i obecnie jest on jednym z bardziej poważanych pisarzy literatury fantasy. Dlatego też bardzo wyczekiwałam na moment, kiedy w końcu wezmę któreś z jego dzieł w ręce, by wreszcie je przeczytać, ale tak się złożyło, że uzbierałam na półce aż trzy: "Drogę Królów","Elantris" i "Z mgły zrodzonego". W tamtym momencie stanęłam przed ciężkim wyborem - która ma iść na pierwszy ogień? Tak więc ułożyłam je obok siebie i efekt był następujący - drogą wyliczanki wypadło na "Z mgły zrodzonego" (chociaż "Droga Królów" odpadła już trochę wcześniej, ze względu na to, że ciężko byłoby ją zmieścić do torby i poruszać się z nią po mieście).

Tytuł oryginału: Mistborn
Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: MAG
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 1)
Ocena:  8/10

Przez tysiąc lat popiół zasypywał kraj, nie kwitły kwiaty. Przez tysiąc lat skaa wiedli niewolnicze życie w nędzy i strachu. Przez tysiąc lat Ostatni Imperator, "Skrawek Nieskończoności”, posiadając władzę absolutną, rządził i stosował terror, niezwyciężony jak bóg. A kiedy nadzieja została porzucona już tak dawno, że nie pozostały z niej nawet wspomnienia, pokryty bliznami pół-skaa ze złamanym sercem odkrywa ją na nowo w piekielnym więzieniu Ostatniego Imperatora. Tam poznaje moce Zrodzonego z Mgły. Znakomity złodziejaszek i urodzony przywódca, wykorzystuje swoje talenty w intrydze, która ma pozbawić tronu i władzy samego Ostatniego Imperatora.*

Powieść Sandersona to przede wszystkim fenomenalne opisy bitew i dużo strategii wojennej, tak świetnie dopracowanej, jak same ramy techniczne książki. Fabuła również jest bardzo dobra, za pomysł alomancji Sanderson dostaje już dużego +. Już tłumaczę: książka zalicza się do gatunku fantasy, aczkolwiek nie ma tutaj magii istniejącej sobie od tak - by móc jej używać, trzeba poświęcić coś innego. Niektórzy ludzie dziedziczą pewien dar, umożliwiający im "spalanie" metali, dzięki czemu mogą korzystać z różnorodnych umiejętności, które im to oferuje.
Brzmi dosyć ciekawie, prawda?

Na początku sądziłam, że kreacja bohaterów wypadła trochę gorzej. W niektórych powieściach
zwracam uwagę na to, że autorzy mają problem z oddaniem uczuć bohaterów, i choć może to zabrzmieć nieco szowinistycznie, częściej doszukuję się tego u mężczyzn (przepraszam wszystkich facetów, wiem, że to absurd). I kiedy zaczęłam czytać "Z mgły zrodzonego" nabrałam jakby przekonania, że tutaj też może tak być, lecz wtedy autor do końca rozwiał moje przekonanie. Z tokiem akcji poznajemy głównych bohaterów coraz lepiej, co więcej możemy obserwować kompletną metamorfozę Vin, której przeszłość zostawiła głęboki ślad na psychice i która teraz uczy się postrzegać pewne rzeczy zupełnie inaczej. Inne postaci są dobre - szczególnie Kelsier (chyba najlepszy protagonista), chociaż szkoda, że autor stosunkowo mało uwagi poświęcił Elendowi - spodziewam się więcej w następnej części serii.

Czytanie niestety odrobinę mi się dłużyło, ale to prawdopodobnie za sprawą dosyć dużej ilości stron i małej rozpiętości czcionki. Tekst jest po prostu bardzo "upakowany" i to jest moim zdaniem mały mankament -  dałoby radę, gdyby niektóre rzeczy w książce zostałyby skrócone lub ograniczone (chociaż to jeden z tych minusów, które się praktycznie pomija, jeśli chodzi o dobrą książkę).

Zakończenie jest świetne, wręcz mistrzowskie, ale mam za złe autorowi jego okrucieństwo wobec bohatera, którego polubiłam najbardziej - nie będę spoilerować, ale.. ale Ci, którzy czytali, wiedzą, o jakie zdarzenie chodzi [Płaczę ;-;....okej, żartowałam, wcale nie płaczę, ale jestem smutna] Z drugiej strony jestem wdzięczna Brandonowi, że ostatecznie postanowił stworzyć końcówkę, która usatysfakcjonuje czytelnika - to znaczy zaciekawi go kolejną częścią, ale nie sprawi, że będzie miał ochotę skoczyć z mostu z rozpaczy, że nie posiada w chwili obecnej drugiego tomu.

Podsumowując: to dokładnie to, czego spodziewałam się po Brandonie Sandersonie. Nie wiem, co
można dodać - po prostu musicie zapoznać się z jego twórczością!

A Wy, czytaliście jakąś powieść tego autora? Jakie są wasze odczucia co do niego? A może w planach macie właśnie "Z mgły zrodzonego" lub "Drogę Królów"?

*Opis pochodzi ze strony wydawnictwa: http://www.mag.com.pl/ksiazka/198 i jest dość klimatyczny, więc postanowiłam zostawić go w oryginalnej wersji.

czwartek, 9 lutego 2017

Dookoła Świata Book Tag

Dawno nie było tutaj żadnego tagu, dlatego dzisiaj zapraszam was na podróż dookoła świata z książkami! Co prawda odwiedzimy jedynie (albo aż!) 10 miejsc, ale za to w jakim towarzystwie!
Tag pożyczyłam sobie od Pauli z Zabookowanego Świata, oczywiście za pozwoleniem. No dobrze, to już chyba czas odznaczyć pierwsze miejsce na mapie...


1.
 ,
 czyli bohaterowie, z którymi chciałabyś spędzić weekend dobrze się bawiąc.



Po przeczytaniu "Dworu Mgieł i Furii" mogę tutaj bez wahania wymienić Mor, Azriela, Kasjana, i  Amrenę, Feyrę oraz Rhysanda (tych ostatnich opcjonalnie, ponieważ oni raczej odcinali się od dzikich imprez w Velaris (pewnym pięknym mieście). Świetne towarzystwo. Stawiam, że ich obecność byłaby miła nawet, gdybyśmy mieli spędzić razem sobotę (lub nawet cały tydzień) przy planszówkach.

2. 
 ,

czyli książka, której świat mogłabym zwiedzić jeżdżąc na rowerze.


Z Amsterdamem kojarzy mi się ta piosenka, dlatego musiałam ją wstawić! Oprócz tego Holandia kojarzy mi się z pewnego rodzaju smutkiem, nostalgią, nie wiem, czy to z racji pogody, czy czegoś innego (choć przyczyna może tkwić w tym, że stamtąd pochodzi zespół tworzący smutne utwory, w który swego czasu wielbiłam). Rzeczywiście, dużo tam rowerzystów, mogę potwierdzić jako naoczny świadek, ale to nie pierwsze, co przychodzi mi na myśl jeśli chodzi o ten kraj, z tego powodu z doborem książki było niestety ciężej. Choć właściwie w wielu powieściach można znaleźć pięknie wykreowany świat (bo oczywiście taki chciałabym zwiedzić). Dlatego pozwolę sobie złamać zasady i umieścić tu dwa: wykreowany przez Terry'ego Goodkinda w cyklu "Miecz Prawdy" i ten w "znielubianej" przeze mnie "Becie" Rachel Cohn. Co prawda książka nie przypadła mi do gustu, ale kreacja świata była bajeczna!



3. 
 ,

czyli książka, której bohaterowie walczą o wolność.

Takich powieści jest wiele! A tym razem padło na... "Jutro" Johna Marsdena. Bohaterowie walczą nie tylko o wolność swoją, ale i całego kraju (czy też kontynentu, bo akcja toczy się w Australii).


4. 
 ,

 czyli książka, w której główny bohater zmienił się podczas jej trwania.




Trudno zmienić człowieka, czyli niełatwo jest również przeprowadzić metamorfozę charakteru bohatera. A jeśli nawet nie jest to trudne, to taka nagła zmiana wprowadziłaby zamęt do powieści. W "Łowczyni" Virginii Boecker nie ma zamętu, za to ukazana jest stopniowa ewolucja bohaterki, zmieniającej swój światopogląd.


5.
 ,
 czyli bohater, który wzbudza w Tobie strach.

Do tej pory ciężko byłoby mi dopasować tutaj cokolwiek, ale jeśli to jest możliwe, to chciałabym umieścić na tym miejscu głównego bohatera opowieści Edgara Allana Poego. A przynajmniej protagonistę(właściwie to każdy jest inny, ale nieważne) występującego w czytanym przeze mnie zbiorze opowiadań, które swoją drogą naprawdę są przerażające (bardzo, choć to chyba rzecz Poego) i miłosne (tylko trochę). Mam tu na myśli przede wszystkim "Berenice", "Ligeję" i "Morellę".


6. 
 ,

czyli książka, w której występują różnorodni, dopracowani i ciekawi bohaterowie.

Bezkonkurencyjnie wygrywa "Szóstka Wron"! Autorka wykreowała tak świetne postaci, że ciężko byłoby tutaj wstawić cokolwiek innego. Szczerze mówiąc zastanawiałam się również nad przemyceniem ich do punktu 1, bo niektórzy z bohaterów są zdrowo kopnięci i mogłoby być całkiem śmiesznie, ale nieładnie byłoby się powtarzać.


7.
 ,
czyli książka z monarchią w tle.

Cykl "Selekcja" autorstwa Kiery Cass. Bez zbędnego wysiłku xD

8. 
 ,

 czyli książka z piękną historią miłosną.

Praktycznie każda powieść posiada wątek miłosny, aczkolwiek ciężko mi wybrać tą wyjątkową. To musiałoby być coś bardzo lirycznego. "Drżenie"? Mogłoby być, ale miłość jest tutaj zbyt prosta. "Akademia Wampirów"? Też nie, mimo, że tę książkę kocham za wszystko - o liryzm tu raczej trudno. [Bla, bla, bla...] I ostatecznie zdecydowałam się na "Wampiratów" - tak, macie rację, tytuł brzmi tragicznie. O ile jednak pamięć mnie nie myli, ponieważ czytałam ich dawno temu, pomiędzy ludzką dziewczyną, Grace, a wampirem, Lorcanem, zrodziło się pewne uczucie (w końcu są różne rodzaje miłości), które powinno się tu znaleźć. Ich relacja była piękna i taka.. łagodna.

9.
 ,

 czyli ulubiona książka z dzieciństwa.

Ciężko określić! Nie wiem, czy to się liczy, ale miałam ilustrowany zbiór wierszy dla dzieci Tuwima i Ewy Szelburg-Zarembiny, w których strasznie się zaczytywałam (wierszach, oczywiście).


10.
 ,
 czyli książka, która wywołuje w Tobie pozytywne emocje.
[Z Tokio zdecydowanie kojarzą mi się pozytywne emocje!]
Cóż, na początku chciałam wstawić tu powieść wywołującą we mnie silne emocje, ale jeśli już mają być te pozytywne, to niech będzie cykl o Sookie Stackhouse Charlaine Harris. Niech sobie ludzie hejtują, ile chcą. Może nie ma tu bardzo wymagającej fabuły, ale ja świetnie się bawiłam przy czytaniu tych książek - są tak lekkie, że ma się wrażenie, że samo pisanie musiało być dla autorki przednią rozrywką.
________________________________________________________________________________

To już niestety koniec naszej eee, 'mentalnej' podróży. Nie wiem, jak u was, ale u mnie przez patrzenie na te grafiki bardzo nasiliło się pragnienie udania się w te wszystkie miejsca (jak do tej pory byłam jedynie w Krakowie i Amsterdamie). Jest jeszcze wiele pięknych zakątków, które trzeba odwiedzić - jakie wy macie swoje wymarzone cele podróży? 

niedziela, 5 lutego 2017

Alicja w Krainie Zombi - Gena Showalter

Nie ma chyba osoby, która nie natknęłaby się na "Alicję w Krainie Czarów", nawet jeśli nie w formie książki, to w postaci filmu. Ta powieść niewątpliwie stała się pewnego rodzaju klasykiem (chociaż bardzo specyficznym czy nawet dziwnym). Dzisiaj jednak nie wybieramy się do Krainy Czarów, bo dziś odwiedzimy.... Krainę ZOMBIE.

Wydawnictwo: Harper Collins
Autorka: Gena Showalter
Cykl: Kroniki Białego Królika (tom 1)
Tytuł oryginału: "Alice in Zombieland"
Ocena: 6/10
Gdyby ktoś mi powiedział, że całe moje życie zmieni się między jednym uderzeniem serca a drugim, parsknęłabym śmiechem. Od szczęścia i tragedii, od niewinności do upadku? Żarty. Ale tyle wystarczyło. Jedno uderzenie serca. Mgnienie oka, oddech, sekunda - i wszystko co znałam i kochałam zniknęło.
Alicja zawsze uważała, że z jej ojcem jest coś nie tak, skoro uważa, że zombie istnieją. Żyła w takim przekonaniu, dopóki sama TEGO nie zobaczyła. Dopóki nie ujrzała, jak ONE żywią się JEJ rodziną. I to wszystko z jej winy, bo gdyby odmówiła prośbie swojej siostry, do wypadku nigdy by nie doszło, a zombie nie dorwałyby jej rodziców. Teraz jednak już nic nie można cofnąć, a Alicja musi się przystosować do nowego życia u dziadków i do nowej szkoły.. I przygotować plan zemsty. Bo przecież zombi muszą pożałować za to, co zrobiły, a czym ich mniej, tym lepiej, prawda?

"Alicję w Krainie Zombi" kupiłam z czystej ciekawości. I naprawdę nieźle się zdziwiłam, kiedy nawet mi się spodobało, bo na pierwszy rzut oka wszystko wokół tej książki trąci kiczem. Tytuł, okładka, fabuła.. I muszę powiedzieć (napisać), że trochę dziwnie czytało mi się o zombie umieszczonych w XXI wieku. Ale to chyba odrobinę nie na miejscu, skoro wampiry, wilkołaki i wróżki są akceptowalne? Czas stać się bardziej elastyczną, albo zacząć poszukiwania więcej książek o podobnej treści. Autorce trzeba jednak przyznać, że pisze o tematyce innej od reszty! Bo w końcu niewiele osób wybiera zombie jako główny wątek swojej powieści.
Inna rzecz, którą można Genie Showalter przyznać, to że pisze lekkim, bardzo prostym językiem. W książce znajdziecie niestety masę błędów, których po prostu nie da się przeoczyć (prawodopodobnie wina wydawnictwa). Poza nimi, choć może wydać się to trochę dziwne,  strasznie irytowało mnie "zombie" pisane bez "e"! "Zombi" wygląda chyba najbardziej kiczowato z wszystkiego.

Co powinniście wiedzieć o bohaterach, to że między Alicją i Cole'em zaczyna iskrzyć, co oznacza, że zaczyna się wątek romansu (co dla mnie jest plusem!) i spora część książki skupia się wokół tego. Postaci nie są jakoś szczególnie irytujące, ale też nie uplasowały się na wysokiej pozycji moich ulubionych bohaterów. Alicja jest dość stereotypową bohaterką - oprócz niej samej wszyscy uważają ją za piękną. A tak poza tym ma wyjątkowe zdolności, które są bardzo rzadko spotykane (czyli właściwie standard).
"Alicja w Krainie Zombie" to kolejna z książek, którą raczej poleciłabym młodzieży lub generalnie osobom w młodszym wieku. Czasami zachowania niektórych bohaterów były dziwne albo zbyt niedojrzałe,  jak na ich wiek. Niektórym to i niezobowiązująca fabuła mogą nie przypaść do gustu. Ale chyba nie ma się co dziwić, że tak to wygląda, bo przecież w "Alicji w Krainie Czarów" również było zdziwniej i zdziwniej. Być może tu tkwi cały sens, bo poza tym znalazłam tu dość mało mało podobieństw do tej książki (pomijając tytuł, wyglądem głównej bohaterki i niektóre frazesy i jakieś drobne szczegóły). Mimo to są tutaj również plusy. Po pierwsze - książkę czyta się bardzo szybko. Po drugie - Alicja wciąga nas w swój świat.

Nie polecam wszystkim jakoś bardzo gorąco, jednak nie żałuję, że kupiłam od razu trylogię. "Alicja w Krainie Zombie" ma w sobie coś, co pozwoliło mi dobrze się bawić przy tej książce. Gdyby kogoś ona zainteresowała, za jakiś czas może się spodziewać recenzji drugiej i trzeciej Alicji!

Czytaliście już tę powieść? Co sądzicie o takiej wersji Alicji? 
___________________________________________________
No dobrze, to chyba czas się wyspowiadać. Dosyć dawno nic nie publikowałam, a to za sprawą braku czasu. Tydzień temu skończyły mi się ferie, po czym oczywiście się rozchorowałam, czasu do matury coraz mniej i przydałoby się postanowić w końcu, na jakie studia iść... Czyli istna tragedia dla osoby, która nie umie podejmować decyzji xD Ale niestety to już chyba czas ogarnąć siebie i to wszystko, dlatego postaram się wznowić aktywność również tutaj (nie umierajcie!). W międzyczasie udało mi się coś tam przeczytać, i obecny stan wyzwań prezentuje się tak:


Czyli 15,9+ 10,8 = 26,7 cm (cel to 169 cm!)

PS. Do zdjęcia użyłam zestawu zakładek Wonderland, który zamówiłam już jakiś czas temu ze sklepu Epikpage (Ci od boxów). Są bardzo ładne i aż mam ochotę zamówić kolejny zestaw (szkoda, że brak funduszy :'D).


sobota, 21 stycznia 2017

Dwór Mgieł i Furii - Sarah J. Maas

Cześć, kochani! Dzisiaj będzie odrobinę krócej. Tym razem z góry daruję sobie streszczanie fabuły - chyba każdy, kto czytał pierwszą część cyklu wie, że mamy tu do czynienia z dalszymi losami Feyry. Tych, którzy jeszcze nie mieli okazji spotkać się z tą serią, zachęcam do zerknięcia na recenzję "Dworu Cierni i Róż". Postanowiłam za to zaszaleć ze zdjęciem. Co się stało? Patrzcie niżej. W ostatecznym efekcie moje dzieło wyglądało, jakby wyszło spod ręki przedszkolaka. Nie jestem jednak wprawioną tatuażystką. moje umiejętności plastyczne od dawna się kurzyły, skóra ludzka to ciężki materiał do ozdabiania, a do rysowania używałam cienkopisów, a nie tuszu (co brzmi dość śmiesznie swoją drogą). Zapewne nie będę mogła domyć ręki przez najbliższe dwa dni, i jak to szło? Tak, przedszkolak. Ale starający się! W końcu, czego się nie robi dla Rhysanda?
PS. Nie chciało mi się już rysować na kciuku, musicie mi wybaczyć.

Wydawnictwo: Uroboros
Autorka: Sarah J. Maas
Cykl: „ Dwór Cierni i Róż  (tom 2)
Tytuł oryginału: „ A Court Of Mist And Fury 
Ocena: 9/10

Sarah J. Maas w tym tomie po raz kolejny udowadnia, że z części na część jej powieści są coraz lepsze. I ja tak niesamowicie to uwielbiam, bo taki dar ma pośród pisarzy zdecydowana mniejszość - częściej przy czytaniu serii zauważam pewną tendencję spadkową jakości książek. Kontynuacje są mniej ciekawsze od poprzedników, autorowi ciężej jest zaskoczyć czytelnika, ale przecież u pani Maas to nigdy się nie sprawdzało.

Feyra, czyli główna bohaterka.. Cóż, tej części jednak trochę zwątpiłam w jej inteligencję (chociaż później odrobinę się zrehabilitowała). Nasza protagonistka najpierw robi, potem myśli, dosłownie. I raczej rzadko uczy się na błędach. Trochę to irytuje, ale da się przeżyć. Jest coś, lub raczej ktoś, kto wynagradza to obecnością swej osoby, czyli postać o której wspomnieć trzeba - Rhysand♡ 
Jeśli drogi czytelniku miałeś nadzieję, że będzie go tu znacznie więcej niż w "Dworze Cierni i Róż", to musisz wiedzieć, że Twoje prośby zostały wysłuchane. Ryszarda* jest bardzo, bardzo dużo, co wychodzi tej powieści jedynie na wielki plus, a tak właściwie umacnia cały jej czar. Co jest bardzo istotne, nie stał się tutaj "ciepłą kluską", pomimo, że okoliczności ku temu były sprzyjające**, a to dlatego, że książę Dworu Nocy odgrywa w tej części znacznie ważniejszą i obszerniejszą rolę niż w poprzedniej. Nic więcej nie zdradzę, poza tym, że niezaprzeczalnie jestem Team Ryś. Może chce ktoś dołączyć?
             „ Za gwiazdy, które słuchają. I za marzenia, które się spełniają.”
No dobrze, może dla zainteresowanych uchylę jednak rąbek tajemnicy trochę szerzej i powiem, że w "Dworze Mgieł i Furii" jest również znacznie więcej... seksu. Co prawda nie spodziewałam się tego, ale autorka chyba postanowiła się rozkręcić. Niespecjalnie to przeszkadza, chociaż nie mogłam nadziwić się fetyszowi Feyry, dotyczącemu podkurczania palców u stóp w momentach, eeee, podniecenia. Trochę mnie dziwiło to, że autorka postanowiła o tym wspomnieć. W końcu to chyba nie jest ważne? No, ale każdy ma swoje dziwactwa - nie osądzajmy.

A zakończenie... cóż to było za zakończenie! W scenie finałowej było tyle zwrotów, tyle zakrętów, skrzyżowań, nie wiem, WSZYSTKIEGO, że jedyne co mogłam zrobić to złapać się za głowę i starać się czytać pięć razy uważniej, żeby nie przeoczyć żadnego szczegółu - tyle tego było! Zakończenie jest po prostu genialne i co ważniejsze, zwiastuje, że w kolejnej części będzie się działo znacznie, znacznie więcej i.. będzie znacznie goręcej.

Podsumowując: książka ma ponad 700 stron i dość małą czcionkę, ale mogę wam zagwarantować, że  pochłoniecie ją w ekspresowym tempie i nawet nie zauważycie, kiedy to zrobicie. [I w tym momencie świadomość, że na wydanie trzeciego tomu będziemy musieli poczekać jeszcze dłuższy czas zacznie boleć ;-;] Oczywiście pod małym warunkiem, lubicie powieści tego typu i pierwsza część przypadła wam do gustu. Jeśli tak, to dobrze, bo jak napisałam wcześniej - w tym tomie możecie spodziewać się wielu niespodzianek. Bardzo polecam!

[Tu dotychczas pojawiała się ocena, ale postanowiłam ją przerzucić do góry, aby się nie gubiła.]

*Rhysand = Ryszard, Rhys = Ryś, prawie to samo,  chyba odkryłam prawdziwą wersję imienia księcia Dworu Nocy xD
** Kejt Pe, to zdanie pojawiło się specjalnie dla Ciebie :D

To oko będzie wam się teraz śnić po nocach!

Książkowe Wyzwania:


sobota, 14 stycznia 2017

Królowa Tearlingu - Erika Johansen

Wydawnictwo: Galeria Książki
Autorka: Erika Johansen
Tytuł oryginału: "Queen of Tearling"

Kelsea nigdy nie poznała rodziców. Dorastała w ukryciu, wychowywana przez dwoje ludzi, którzy byli dla niej obcy jeśli chodzi o więzy krwi, ale poświęcili całe swoje życie na jej ochronę i edukację. Dziewczyna jest bowiem córką nieżyjącej królowej Tearlingu. Teraz nadchodzi czas, aby przejęła tron. W dniu jej dziewiętnastych urodzin w ich chacie zjawia się straż, która ma oddelegować ją do stolicy, aby ta objęła tron. Teraz Kelsea będzie musiała zapanować nad sytuacją w kraju, który od lat cierpiał z powodu sprawującego władzę regenta oraz budzącego grozę wśród innych narodów państwa Mortmesne, którym włada Szkarłatna Królowa. Sytuacja jest dramatyczna i pozostaje tylko pytanie: czy dziewiętnastoletniej dziewczynie może udać się scalić Tearling, pokonać złą władczynię Mortmesne i ocalić naród nie tylko swój, ale i inne cierpiące z powodu jej rządów?
Dzisiaj zdjęcie z serii "niemampomysłuwięcrzucęcokolwiekmampodręką" :'D
Nie wiem, czy was tym nie zarażę, ale już na samym początku czytania stwierdziłam, że opisy szczegółów są takie dokładne, że prawie widzę w swojej głowie, jak ktoś szkicuje wszystkie postaci i miejsca akcji. Później cały czas towarzyszyło mi wyobrażenie "Królowej Tearlingu" jako komiksu. Trochę dziwnie, prawda? Ale myślę, że byłaby ciekawa w takim wydaniu.

Dobre wrażenie wywarła na mnie kreacja złych bohaterów. Co jak co, ale to Johansen zrobiła po mistrzowsku. Szkarłatna Królowa, regent - wszystkich poznajemy bardzo dobrze, są opisani tak dogłębnie, że możemy doskonale zrozumieć ich motywy i postępowania.
Sama Kelsea na początku była mi obojętna, jednak później zdołałam się do niej przekonać. Mocna, zdecydowana bohaterka, która wie co robi. Nie została przez autorkę wyidealizowana, wręcz przeciwnie - to najzwyczajniejsza w świecie kobieta, o urodzie podobnej do wielu innych mieszkanek Tearlingu.
Faworyt pośród innych bohaterów - zdecydowanie Duch. Bardzo intrygujący i nieprzystępny - tak, wiem, to brzmi jak opis mężczyzny z typowego romansu, ale uwierzcie, tym razem tak nie jest. Tak właściwie to nie ma w "Królowej Tearlingu" żadnego wątku miłosnego, w którym brałaby udział główna bohaterka (jej myśli się nie liczą)! Zasługuje to zdecydowanie na poklask, bo ciężko stworzyć akcję, która zainteresowałaby czytelnika, nie wplątując do niej żadnego romansu. Muszę jednak wspomnieć, że jeśli chodzi o akcję, to czasami zdarzały się dość długie zastoje.

Styl Eriki Johansen niestety nie miał w sobie nic pociągającego - dopóki się nie przyzwyczaiłam, żmudnie szło mi brnięcie przez strony powieści. Poza tym miałam wrażenie, jakoby autorka pozostawiła w książce wiele niejasności, przez co na początku nie bardzo mogłam się połapać co do przedstawionego świata. Historia Tearlingu przedstawiona jest nieco chaotycznie. Choć.. może dzięki temu powieść roztacza wokół siebie pewną aurę tajemniczości?

I to byłoby chyba na tyle - co prawda "Królowa Tearlingu" nie odmieniła mojego życia, ani nie wniosła do niego nic nowego, ale oceniam ją jako przyjemną lekturę - i zakładam, że ktoś, kto nie naczytał się wcześniej wielu powieści o podobnej tematyce, na pewno uznałby ją za świetną.
Jeśli szukacie książki z mocnymi postaciami, która zajmie wam trochę więcej czasu, śmiało możecie przeczytać właśnie dzieło Eriki Johansen.

Przy okazji: wydanie, które zdobyłam, jest cudowne! Gdyby nie przyciągnęło mojego wzroku, prawdopodobnie nie zwróciłabym uwagi na tę książkę. Z tego co pamiętam, to leżało samotnie, jako ostatnie, pośród innych powieści, do których zupełnie nie pasowało. Przeznaczenie?

Swoją drogą, znalazłam wiele fan art'ów dotyczących "Królowej Tearlingu" z Emmą Watson w roli Kelsea. Moim zdaniem jest ona zbyt urocza jak na Kelsea, która miała być zdecydowanie przeciętna. A Wy, jak uważacie? I pytanie, które powinnam zadać wcześniej: czy już czytaliście powieść Eriki Johansen?

Ocena: 6/10

"Królowa Tearlingu" jest pierwszą pozycją, którą mogę skreślić z listy Książkowych Postanowień NoworocznychDo ukończenia własnego "wyzwania" zostało mi jeszcze 99 książek (mam nadzieję, że podołam, choć przez matury cały maj w ogóle odpada, jeśli chodzi o czytanie). Od tej powieści chciałabym również zacząć wyzwanie Przeczytam tyle, ile mam wzrostu. Wynik prezentuje się w tej chwili tak: 3,5/169 cm.